Tytuł: Harry Potter - Hogsmeade, Twoja Magiczna Wioska :: [NZ] Zielono mi (SM/ASP)

Dodane przez Alae dnia 05-09-2008 22:48
#7

Witam państwa po dość długiej przerwie. Z góry uprzedzam, że przez kolejny miesiąc, a może nawet dwa, będę miała utrudniony dostęp do internetu. Odcinki mogą się pojawiać dość rzadko, mam nadzieję, że ci z Was, którzy już polubili Zielono mi wybaczą.

Przypominam, że pierwszy rozdział był betowany przez Rockeferry/Deliriantkę, której jeszcze raz bardzo dziękuję. I cóż, życzę miłej lektury.

Rozdział pierwszy
Merlin był Gryfonem


Neville Longbottom mógł opowiadać o zielarstwie godzinami. Co uparcie czynił, gdy tylko dostał powód A czy można prosić o lepszy pretekst do wykładów na temat magicznej roślinności, niż tłum żądnych wiedzy uczniów? Profesor Longbottom już od piętnastu minut opowiadał o zastosowaniach skrzeloziela. Mówi pięknie, z zaangażowaniem, błyskiem w oku...
Niestety, ku rozpaczy nauczyciela, jego botanicznej fascynacji nie podzielali piątoroczni Ślizgoni. Ani Krukoni. A nikt.
Jednak Longbottom kontynuował lekcję dla jednych jedynych oczu. Mądrych i zielonych, które nigdy nie wyrażały dezaprobaty dla zachwytów nad okresem wegetacji psiankowatych. Wprawdzie nie było w nich także podziwu dla złożoności zagadnienia, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
Na szczęście Neville nie zauważył chwili, w której właściciel oczu podał dziewczynie, stojącej obok, kawałek pergaminu. Mógł więc nadal trwać w słodkiej niewiedzy, przekonany, że Albus Potter chociaż trochę go rozumie.

***

Merlinie nie masz nad nami litości...

Rose nieznacznie pokręciła głową. Krukońskie poczucie obowiązku kazało jej opanować cisnący się na usta uśmiech i powrócić do sporządzania notatek z lekcji. Po chwili jednak, odezwała się w niej gryfońska część natury. Nie na darmo przecież spędzała święta na pogawędkach z wujkiem George'em.
Podając pergamin Bottowi Omanny'emu, posłała kuzynowi figlarne spojrzenie. Jestem Weasley'em, Al pomyślała.

***

Albus patrzył ze zgrozą na krążącą od ucznia do ucznia kartkę.
- Spokojnie. Przecież to nie papeteria z monogramem - szepnęła Rose, gdy zauważyła, że chłopak porusza bezgłośnie ustami: Merlinie, Merlinie, Merlinie...
- Rose, zginiesz marnie. Śmiercią okrutną. Jeszcze nie wiem jak, ale nie omieszkam cię powiadomić - ponad cztery lata w lochach Slytherinu dało o sobie znać. W obliczu tak okropnej zdrady, nawet Albusowa siła spokoju nie mogła wygrać z morderczymi instynktami.
Dziewczyna skrzywiła się z niesmakiem. W takich chwilach do złudzenia przypominała swoją matkę, strofującą męża za omawianie taktyki Armat z Chudley przy śniadaniu. Z jajkiem na miękko w charakterze kafla.
- Albusie Severusie - syknęła. - Zachowujesz się jak... jak Ślizgon!
- Spostrzegawczość godna Roweny, kuzynko. Brawo! - odciął się ze złością. Jednocześnie jego spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem profesora, więc bez zbędnych słów pochylił się nad książką.
- Panie Potter, proszę zostać chwilkę po lekcji. Chcę z panem porozmawiać.
Do uszu Albusa dobiegł zduszony śmiech. Szyderczy. Nie musiał się nawet odwracać, żeby wiedzieć czyj.

***

Na szkolnym zegarze wybiła dwunasta. Uczniowie poderwali się gorączkowo z ławek i pakowali książki. Śpieszyli się na obiad. W tym tygodniu jedzenie było wyśmienite nawet jak na standardy hogwarckie. Skrzaty odreagowywały bójkę Gryfonów podczas której zdemolowana została kuchni. Naprawianie szkód potrwało cztery dni i w tym czasie wyżywienie zapewniała Madame Rosmerta. Cios w skrzacią dumę. I żołądki uczniów, którzy, mimo że uwielbiali kremowe, nie zdołali docenić smaku duszonych nerek.
Al powoli chował do torby podręcznik. Nie czuł się na siłach rozmawiać z profesorem Longbottomem. Był on bardzo częstym gościem na Grimmauld Place 12 i chłopak wiedział, że będzie zawiedziony zachowaniem syna bliskiego przyjaciela. Ociągając się podszedł do drzwi na końcu cieplarni. Zapukał.
- Proszę! - Al pchnął ładne, dębowe drzwi i wszedł do gabinetu nauczyciela.
Był to mały, okrągły pokoik z rzeźbionym biurkiem, jedynym meblem, który zdołał oprzeć się atakowi egzotycznej roślinności. Chłopak wyminął doniczkę z dyptamem, niemal nadepnął na jakieś nieznane mu pnącze i z trudem usadowił się na krześle.
- Chciał mnie pan widzieć profesorze? - powiedział niepewnie.
- Ach tak! Widzisz Albusie w tym roku pomagam profesorowi Zabiniemu w przyrządzaniu eliksirów dla pani Pomfrey i natrafiłem na interesującą pozycję, z pewnością cię zaciekawi. Otóż...
Merlinie! pomyślał nieszczęsny chłopiec.

***

Zdążył na dyniowy budyń. Kiedy opadał na swój ulubiony fotel w pokoju wspólnym, jedyny, który nie porażał zielenią, z kieszeni wypadła mu karteczka. TA karteczka. Pod jego pełnym żalu zdaniem ktoś dopisał dużym, pełnym zawijasów pismem:

Wzywasz niewłaściwego czarodzieja Potter. Merlin był Gryfonem.

______
Jeżeli do tekstu wkradły się jakieś błędy, proszę o PW.

Edytowane przez Alae dnia 01-10-2008 16:55