Tytuł: Harry Potter - Hogsmeade, Twoja Magiczna Wioska :: [NZ] Mistrz Języka

Dodane przez 93asia93 dnia 30-08-2008 22:47
#1

Są łzy, które ogniem palą...
Są serca, które się nigdy nie żalą...
Są sprawy, na które nie ma sędziego...
Więc gdy ktoś płacze...
Nie pytaj, dlaczego...

Tajemnica samotnego serca Mistrza Języka


Traci wiarę

Mistrz Języka. Uwielbia czarny kolor. Nie ubiera się jednak na czarno, aby nie sprawiać wrażenia osoby ponurej. Sama mina o tym świadczy. I smutne oczy, tak często wypełnione łzami. Nie płacze - nie chce okazywać słabości.
Odkąd pamięta, zawsze sam. Odsunięty, odrzucony. Nieśmiały, zamknięty w sobie. Już na początku nauki w szkole trzymał się z boku. Nie uczestniczył w zabawach razem z innymi. Dlaczego? Sam do tej pory nie jest pewien. Może sprawił to fakt, iż wszyscy znali się już wcześniej? A może dlatego, że od samego początku różnił się od reszty rówieśników? Jednakże z tamtego okresu w pamięci utkwił mu jeden incydent. Jeden, po którym stracił, i tak już mocno nadszarpniętą, wiarę w siebie.
Było to w drugiej klasie. Mistrz, jak zwykle, siedział przy oknie, patrzył w dół. Mimo lęku wysokości, widok z trzeciego piętra podobał mu się. Wtedy podeszła do niego "koleżanka", jedna z tych "sławnych" i rozchwytywanych. Popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem, z dziwną miną na twarzy. Uśmiechnęła się - jednak nie był to uśmiech zbyt przyjazny. On tego nie zauważył. Chwyciła go za ramię i pociągnęła za sobą. Aż pod drzwi klasy, gdzie stali i śmiali się inni.
- Pobaw się z nami! - powiedziała. On uśmiechnął się krzywo.
- No... - zawahał się.
- Choć, zagramy! - powiedziała inna dziewczynka wesoło i pociągnęła go na środek korytarza. Nie miał wyboru. Usiał się zgodzić.
Ktoś poszedł po piłkę, żeby mogli zagrać w dwa ognie. Mistrz nie był wysportowany. Nie poruszał się zbyt zgrabnie. Nigdy nikt nie wybierał go do drużyny. Z początku było mu bardzo przykro. Potem przyzwyczaił się i nie robiło na nim wrażenia, że wszyscy byli zmuszeni do jego towarzystwa.
Tym razem było inaczej. Koleżanki i koledzy z klasy kłócili się, z kim Mistrz będzie w drużynie. Dobrze, że nie musiał sam wybierać. Musiałby bowiem wybrać, która część klasy - chłopcy, czy dziewczyny - będą mu dokuczać albo, w ostateczności, obrażą się na niego.
Został "wybrany" do drużyny dziewcząt. Od początku gra mu nie szła. Jakimś cudem udawało mu się uciekać przed piłką. Był jednym z ostatnich, którzy zostali na polu gry. Miał nadzieję, że dzięki niemu wygrają, już o sobie wyobrażał. I właśnie w tym momencie, gdy wyobrażał sobie tą podniosłą scenę, trafiła go piłka. Przegrali. Przez niego. Widział wściekłe spojrzenia dziewczyn z drużyny. Już wiedział, że to będzie ciężka przeprawa. Dziewczynka, która go zawołała do zabawy, uderzyła go w ramię. Koleżanka, która przyprowadziła go do innych, wbiła mu paznokcie w ramię i mocno, z całej siły, udrapała.
Mistrz mocno krwawił. Na ramieniu miał dwie zaczerwienione pręgi - ślady po paznokciach - oraz krwawiącą ranę. Uciekł do łazienki i zamknął się w kabinie. Płakał rzewnymi łzami, ale nie wydawał z siebie żadnego głosu. Łzy kapały na jego spodnie. Prawą ręką trzymał chusteczkę na krwawiącej ranie lewego ramienia. Płakał i nawet nie myślał. Dzwonek. Otworzył drzwi i poszedł do umywalki. Zimną wodą przemył czerwoną twarz.
Kiedy wszedł do klasy, wszyscy zwrócili głowy ku niemu. Część osób zaczęła szeptać między sobą i pokazywać go sobie palcami. Nie wiedział, o co im chodziło, dopóki owa koleżanka, która zaprosiła go do wspólnej zabawy, nie powiedziała do niego słodkim głosem i ze złośliwym uśmiechem na szczupłej twarzy:
- Zsikałeś się?
Klasa wybuchnęła śmiechem, a Mistrz stracił resztki wiary w siebie i jeszcze bardziej zamknął się w sobie.


---
Nie wiedziałam, gdzie to umieścić... fan fiction to nie jest, więc ten dział odpada. Uznałam więc, że skoro pisanie to moje hobby, mogę opublikować "Mistrza" właśnie tutaj. Chcę to wysłać na konkurs, więc chciałabym wiedzieć, czy dobrze się czyta tą moją twórczość... Oczywiście jest to dopiero pierwszy... hmm... rozdzialik.

Dodany dnia 22-09-2008 21:08

Znajduje swój własny świat

Już w wieku 11 lat zaczął czytać książki J.K. Rowling. Polecił mu je kolega z klasy, powszechnie znany i uznawany za kujona. W końcu oceny celujące same z siebie się nie robią.
- Fajne są, przeczytaj - powiedział mu kiedyś, gdy szli razem kawałek do domu po lekcjach.
"Co mi zależy" - pomyślał. Następnego dnia wypożyczył sobie z biblioteki miejskiej drugi tom przygód Harry'ego Pottera. Podobał mu się bardzo. Za dwa tygodnie miał już pierwszą część. Czytał z zapartym tchem. Coś go ciągnęło do tego świata. Wtedy jeszcze nie wiedział, co. Po prostu czytał. Czytał bardzo dużo. Po kilka razy każdą część. Marzył, aby mieć wszystkie w domu. Z postaci najbardziej lubił Harry'ego. Jednakże coś go ciągnęło, a jednocześnie odpychało od nauczyciela eliksirów, Severusa Snape'a.
Jest to postać bardzo mroczna. Czarne włosy, oczy i ubrania, wszyscy się go boją. Mistrzowi Języka w pewnym stopniu to imponowało.
W Potterze odnalazł swój własny świat. Nikt go tam nie popychał, nie drapał, nie złościł się na niego. Czuł, że w tym uczestniczy - nikt go nie odrzucił i nie skazał na samotność. Czuł się potrzebny. Razem z bohaterami kroczył korytarzami Hogwartu, pił herbatę u Hagrida, rozmawiał z wężami czy wielkimi pająkami.
Po jakimś czasie zaczął elementy świata magii przenosić do realiów życia. Matematykę nazwał numerologią i wyobrażał sobie, że jego nauczycielka to taki Severus Snape (nienawidził matematyki, jak Harry eliksirów). Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Żywił złudną nadzieję, że jeżeli w jego życiu będzie trochę inaczej, ktoś może go polubi. Tak się nie stało. Przynajmniej na początku. Uczył się bardzo dobrze, więc nie mógł liczyć na słabszych kolegów - za bardzo zazdrościli mu zdolności. Jednakże nikt jego talentów nie doceniał. Mistrz był po prostu popychadłem, który ma problem z innymi i z samym sobą.
Kiedy czytał po kilka (lub kilkanaście) razy każdy tom przygód Harry'ego, jego przyjaciół i wrogów, coraz bardziej czuł się częścią tego nieistniejącego świata. Żył uczuciami bohaterów - śmiał się, gdy byli szczęśliwi, był rozczarowany, gdy spotkał ich zawód i był smutny, kiedy oni byli nieszczęśliwi. Jego prawdziwe życie ograniczało się do jedzenia, szkoły, nauki i spania. Choć nawet we śnie był w Hogwarcie, a w szkole mówił cytatami z książek.
"Jeżeli świat cię nie akceptuje, to stwórz sobie własny i do niego dopuszczaj tylko tych, którzy wcześniej cię akceptowali", jak to kiedyś ktoś powiedział. Mistrz Języka zastosował się do tego. Stworzył swój własny świat na pograniczu magii i rzeczywistości. Dopuszczał do niego tylko swoje myśli i bohaterów książek. Był szczęśliwy, że wreszcie znalazł się ktoś, dla kogo nie jest i nie będzie śmieciem, który można rzucić na ziemię, a potem jeszcze podeptać. I zostawić.

Edytowane przez Fantazja dnia 09-05-2012 22:33

Dodane przez 93asia93 dnia 22-09-2008 21:08
#2

Znajduje swój własny świat

Już w wieku 11 lat zaczął czytać książki J.K. Rowling. Polecił mu je kolega z klasy, powszechnie znany i uznawany za kujona. W końcu oceny celujące same z siebie się nie robią.
- Fajne są, przeczytaj - powiedział mu kiedyś, gdy szli razem kawałek do domu po lekcjach.
"Co mi zależy" - pomyślał. Następnego dnia wypożyczył sobie z biblioteki miejskiej drugi tom przygód Harry'ego Pottera. Podobał mu się bardzo. Za dwa tygodnie miał już pierwszą część. Czytał z zapartym tchem. Coś go ciągnęło do tego świata. Wtedy jeszcze nie wiedział, co. Po prostu czytał. Czytał bardzo dużo. Po kilka razy każdą część. Marzył, aby mieć wszystkie w domu. Z postaci najbardziej lubił Harry'ego. Jednakże coś go ciągnęło, a jednocześnie odpychało od nauczyciela eliksirów, Severusa Snape'a.
Jest to postać bardzo mroczna. Czarne włosy, oczy i ubrania, wszyscy się go boją. Mistrzowi Języka w pewnym stopniu to imponowało.
W Potterze odnalazł swój własny świat. Nikt go tam nie popychał, nie drapał, nie złościł się na niego. Czuł, że w tym uczestniczy - nikt go nie odrzucił i nie skazał na samotność. Czuł się potrzebny. Razem z bohaterami kroczył korytarzami Hogwartu, pił herbatę u Hagrida, rozmawiał z wężami czy wielkimi pająkami.
Po jakimś czasie zaczął elementy świata magii przenosić do realiów życia. Matematykę nazwał numerologią i wyobrażał sobie, że jego nauczycielka to taki Severus Snape (nienawidził matematyki, jak Harry eliksirów). Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Żywił złudną nadzieję, że jeżeli w jego życiu będzie trochę inaczej, ktoś może go polubi. Tak się nie stało. Przynajmniej na początku. Uczył się bardzo dobrze, więc nie mógł liczyć na słabszych kolegów - za bardzo zazdrościli mu zdolności. Jednakże nikt jego talentów nie doceniał. Mistrz był po prostu popychadłem, który ma problem z innymi i z samym sobą.
Kiedy czytał po kilka (lub kilkanaście) razy każdy tom przygód Harry'ego, jego przyjaciół i wrogów, coraz bardziej czuł się częścią tego nieistniejącego świata. Żył uczuciami bohaterów - śmiał się, gdy byli szczęśliwi, był rozczarowany, gdy spotkał ich zawód i był smutny, kiedy oni byli nieszczęśliwi. Jego prawdziwe życie ograniczało się do jedzenia, szkoły, nauki i spania. Choć nawet we śnie był w Hogwarcie, a w szkole mówił cytatami z książek.
"Jeżeli świat cię nie akceptuje, to stwórz sobie własny i do niego dopuszczaj tylko tych, którzy wcześniej cię akceptowali", jak to kiedyś ktoś powiedział. Mistrz Języka zastosował się do tego. Stworzył swój własny świat na pograniczu magii i rzeczywistości. Dopuszczał do niego tylko swoje myśli i bohaterów książek. Był szczęśliwy, że wreszcie znalazł się ktoś, dla kogo nie jest i nie będzie śmieciem, który można rzucić na ziemię, a potem jeszcze podeptać. I zostawić.

Dodane przez Pchelka dnia 22-09-2008 21:24
#3

Przenoszę do Kącika Kreatywności ;p

Dodane przez 93asia93 dnia 28-09-2008 13:46
#4

Pióro silniejsze niż miecz

Już w czwartej klasie szkoły podstawowej odkrył w sobie talent do języka polskiego. Pisał wspaniałe wypracowania - charakterystyki, wywiady, kroniki - za które dostawał same celujące oceny. Był bardzo dumny z siebie. Odtąd język polski stał się jego ulubionym przedmiotem. Chodził do szkoły z radością, że dziś też będzie mógł coś napisać.
I wtedy doświadczył czegoś nowego. Był chwalony. Jego nauczycielka zawsze uśmiechała się do niego. Rumienił się z zadowolenia. Uczył się pisać coraz lepiej, coraz piękniej. Po to, żeby zaimponować nauczycielce (a co ważniejsze samemu sobie), która zawsze czytała na głos urywki jego prac.
Potem zaczął pisać sam dla siebie. Bajki o zwierzętach (gdyż te kochał najbardziej), opowiadania o zabawnych losach swoich i jego rodziny, sąsiadów i znajomych.
Zawsze zmieniał imiona, często nawet płeć osób, o których pisał. Zatajał również niektóre ważne informacje, aby nikt nie mógł domyślić się, o kim jest mowa. Co prawda osoby, które go dobrze znały, osoby spoza szkoły, tym samym z jego najbliższego otoczenia, po wnikliwej analizie jego tekstów, mogłyby odkryć wszystko, co tak starannie i dokładnie opisywał, było jego życiem i codziennością. Jednak nikt z tych "wybrańców", przed którymi odsłonił choć niewielką część swojego serca i umysłu, nigdy nie widziały na oczy jego prac.
Mistrz przed nikim nie okazywał słabości. Choćby sprawiano mu potworny ból fizyczny, nie odezwałby się słowem. Nie skrzywiłby się ani razu. Po policzkach nie spłynęłaby ani jedna łza. Po prostu taki był. Przed nikim nie chciał się korzyć, ani nawet okazywać uczyć przejawiających słabość. Bał się tego. Z tej na pozór głupiej przyczyny nie powiedział nikomu o swoich nadzwyczajnych zdolnościach. Myślał, że gdy usłyszy słowa krytyki i pogardy (czego był pewien), nie będzie już w stanie panować nad sobą, swoim ciałem i umysłem. Że pokaże to, co tak naprawdę w nim jest.
Z czasem znudziło mu się nieco pisanie opowiadań, wymyślanie zabawnych historyjek czy dziwnych legend. Z tego też powodu na jakiś czas zaprzestał pisania czegokolwiek. Przestało mu to już, jak sądził, pomagać, więc uznał, że najwyższy czas z tym skończyć. Lecz te okres w jego życiu należał do najkrótszych.
Po jakichś dwóch miesiącach męki, spowodowanej brakiem pisania (tworząc dawał odpocząć swoim zmysłom - od wszystkiego, co go dręczyło, czy bolało), znów powrócił do swojego własnego świata, lecz teraz w zupełnie innej postaci. Zmienił się nie do poznania. Odrodził się. Na nowo wszystko zaczął. Choć już przedtem mógł być tym, kim chciał, teraz odczuwał to wyjątkowo wyraźnie.
Jego nową pasją była poezja. Wiedział, że to musiało tkwić w nim już od dawna, lecz dopiero teraz był w stanie odkryć ten kolejny talent. I to w pełnym tego słowa znaczeniu. Pisał dużo. Bardzo dużo. Z początku były to bardzo prymitywne wierszyki, nie oddające tego, co chciał powiedzieć, nawet w 30 procentach. Jednym z jego pierwszych, takich właśnie rutworówr1;, był wierszyk pt. "Kocham", przeznaczony specjalnie dla Niej... tej, o której nikt nie wiedział, że jest mu tak bliska.
Kocham Twe usta, kocham Twój nos,
kocham Twe czoło i każdy włos.
I choć Ci sprawiam wiele przykrości,
Kocham Cię całą do szpiku kości.
Gdy zaczął swoją, swoistego rodzaju, przygodę, z pisaniem poezji, kończył właśnie czwartą klasę podstawówki. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele w przyszłości zyska dzięki swoim obecnym zainteresowaniom. A zyskał naprawdę wiele, już po kilku latach pracy nad swoim stylem pisania, myślenia i samym sobą.
Przez pierwsze dwa lata faktycznie ciężko i dużo pracował. Wysyłał wiersze na konkursy, w których zawsze otrzymywał wyróżnienia. Gdy tylko coś napisał, czytał to miliony razy i miliony razy poprawiał, aż uzyskał oczekiwany rezultat. Nie zawsze wszystko wychodziło tak, jak do końca chciał, lecz z tego wiele się uczył. Spróbował pisać chyba każdy rodzaj poezji, ale najbardziej mu przypadły do gustu (i zresztą najlepiej wychodziły) wiersze białe. Mógł w nich wyrażać wszystko to, co myślał, nie obawiając się, że nie znajdzie wystarczająco poważnych rymów do danych słów. Tak więc bez strachu, a wręcz z pewnego rodzaju pewnością siebie, pisał wspaniałe nie rymowane wiersze.
Znów umiera ktoś,
kogo znałeś.
I zastanawiasz się,
dlaczego to akurat on.
Nie możesz spać,
nie możesz jeść.
Wciąż wspominasz chwile,
Które spędziliście razem.
Chcesz, by to wszystko
znów wróciło.
Obwiniasz się za to,
czego nie mogłeś zatrzymać...
każde światło kiedyś gaśnie,
każdy człowiek kiedyś zaśnie...
"Światło życia". Napisał to w wakacje, tuż po skończeniu klasy pierwszej gimnazjum. Mistrz miał wtedy 14 lat. 16.08 zginął jego bliski znajomy. On nazywał go swoim przyjacielem. Autostrada. Trasa Kraków - Wieliczka. Zginęły cztery osoby, w tym ON. 16-latek, który jako pierwszy zrozumiał Mistrza. Jego życie, myśli i lęki. On jeden potrafił go pocieszyć. Mistrz doznał szoku, gdy JEGO siostra go poinformowała o całym zdarzeniu. Nie wierzył, by to się mogło stać. To było dla niego nieprawdopodobne i niemożliwe. Wciąż dzwonił i pisał sms-y na numer JEGO telefonu. Zawsze słyszał ten sam kobiecy głos mówiący: "Nie ma takiego numeru"... Wtedy doszczętnie się załamał i ponownie szczelnie zamknął w sobie.
To tragiczne zdarzenie rzutowało na jego twórczość. Pisał tylko i wyłącznie smutne utwory. O śmierci, żalu, tęsknocie, nienawiści... To były jego tematy. Wszystko, co czuł, mógł przelać na papier.

Dodane przez 93asia93 dnia 04-10-2008 11:29
#5

Książka... czy komputer?

Kiedy rodzice zdecydowali się kupić mu komputer, Mistrz Języka miał prawie 13 lat. Było wyjątkowo słoneczne lato. Mistrz, który nigdy nie był zbyt aktywny fizycznie, wolał siedzieć w cieniu z książką, telefonem lub zeszytem (czy kartką) i długopisem. Lubił też leżeć na kocu i obserwować posuwające się leniwie po niebie chmury albo poruszane podmuchami wiatry gałęzie drzew. Nie pociągało go gonienie za piłką, ani tym bardziej stanie w bramce. Co prawda jego starszy o rok kuzyn twierdził inaczej ("Takiego bramkarza, jak ty, to ze świecą szukać!"), ale on wolał oddalać się od wszystkiego, niż biegać, cały spocony.
W pierwszy dzień od podłączenia komputera w jego pokoju, on i jego siostra tylko bawili się. Rysowali różne dziwne rzeczy na Paincie, grali w Pasjansa czy Pinballa albo inne tego typu prymitywne zabawy. Było to, oczywiście, zupełnie bezsensowne, jednakże sprawiało im wiele radości. Byli bardzo zadowoleni. Nie - cieszyli się, jak małe dziecko nową zabawką. W tym samym czasie pogoda się nieco "zepsuła". Niebo było zachmurzone, padał lekki przelotny deszczyk. Mistrz miał więc następną wymówkę, by móc poznawać kolejne tajniki nowo zakupionego sprzętu. A szło mu to wyjątkowo szybko. Powodem tego mógł być brak Internetu i zwykłego Microsoft Worda. W każdym wypadku już po kilku godzinach potrafił zrobić prawie wszystko w programie do obróbki tekstu czy obrazu, pisał coraz sprawniej, coraz zręczniej grał w owe gierki. Nawet jego starsza siostra, która miała zajęcia z informatyki już co najmniej trzy lata (on zaledwie rok), nie mogła go doścignąć w zdobywaniu tych umiejętności. Mistrz znów mógł być dumny z siebie - był od kogoś w czymś lepszy. Tak było początkiem sierpnia. Do końca wakacji Mistrz nie był już tylko Mistrzem Języka, ale także wiedzy o jego własnym komputerze. Odkrył w nim wszystko, co było możliwe i kiedy tylko miał chwilę czasu, natychmiast na nowo włączał ten cud techniki.
Kiedy poszedł do szkoły, znów zaczął przesiadywać całymi dniami w bibliotece. Panie bibliotekarki zawsze uśmiechały się do niego, choć rzadko kiedy zaczynały z nim rozmowę. On również mało się odzywał, mimo że zawsze miał ochotę coś zagadać. Po prostu się wstydził. Ale nie o tym chcę teraz powiedzieć. Mistrz czytał bardzo dużo. Książki, książeczki, komiksy. Tak już od trzeciej klasy. Większość jego życia to było czytanie.
Przeczytał już prawie wszystkie książki ze szkolnej biblioteki, gdy na horyzoncie pojawił się komputer. Wtedy zaczął od książek uciekać. W końcu przy komputerze jest dużo więcej zabawy! Na początku roku szkolnego wciąż czytał. Z czasem uświadomił sobie, że niewiele wie z tego, co jest napisane na kartkach, ponieważ ciągle zerka na komputer, stojący na biurku koło okna. Robił to zupełnie nieświadomie, pod wpływem impulsu. W końcu uznał, że może przez chwilę pograć...
Chwila z każdym dniem zmieniała się. 15 minut, 20, pół godziny, godzina... Ten czas ciągle rósł. I robił to w przerażająco szybkim tempie. Już po kilku tygodniach Mistrz nie miał czasu na czytanie. Przyszedłszy ze szkoły jadł obiad, brał plecak i szedł do swojego pokoju. Przebierał się i uczył. Po jakiejś godzinie, może dwóch, włączał komputer i do wieczora coś robił. Następnie kładł się spać. I tak wyglądało jego życie każdego dnia. Wstać, ubrać się, zjeść śniadanie, umyć zęby, iść do szkoły, SZKOŁA, wrócić do domu, zjeść obiad, zrobić zadanie domowe, nauczyć się (jeśli miał jakiś sprawdzian), komputer, spać. Uzależnił się i on dobrze o tym wiedział. Jednak nie robił z tym nic... Przynajmniej na początku.
Jego stosunek do komputera gwałtownie zmienił się dopiero w klasie drugiej gimnazjum. Wtedy to znalazł sobie towarzystwo. Było to kilka osób, dwie z jego rodziny. Z nimi Mistrz czuł się pewnie, był tym, który wszystkich rozśmiesza. Potrafił jednak także rozmawiać na poważne tematy. Tylko ONI znali go takim, jakim był naprawdę. Wesoły, znający mnóstwo dowcipów, śmiejący się ze wszystkiego, nie biorący na serio obelg. Wtedy, kiedy ICH poznał, zaprzyjaźnił się, zaczął zupełnie inaczej postrzegać świat i żyjących w nim ludzi. Dostrzegł to, co jest naprawdę ważne, ustalił swoje priorytety. Bóg, miłość, rodzina i przyjaciele - nie liczyło się nic innego. Tylko ONI. Każdą wolną chwilę chciał spędzać właśnie z NIMI. Tymi, którzy nie oceniali go za to, jak wygląda, ale za to, kim jest. Nie powierzchowność lecz to, co w środku liczyło się dla nich. Dzięki nim Mistrz wreszcie uwolnił się od nałogu, od komputera. Zrozumiał, że to dzięki książkom zdobędzie wiedzę z jego ukochanej dziedziny, języka polskiego.

Dodane przez 93asia93 dnia 05-10-2008 17:14
#6

hehehe, bardzo chętnie. Jest tylko jeden malutki problem... mam już całość gotową, następna jest ostatnią częścią... Wysłałam to na konkurs już równo miesiąc temu, 5 września :) Zastanawiam się, czy pisać dalej i, szczerze mówiąc, nie wiem...

Dodane przez 93asia93 dnia 05-10-2008 19:32
#7

:):):)
Dobrze, jeśli znajdę czas, to postaram się pisać dalej. Jednak... A, nie będę nic więcej mówić. Narazie. Wszystko wyjaśni się w kolejnej, ostatniej części... Tytuły rozdziałów mam rozpisane na 10, ale w tej właśnie części zzawarłam 3... No i oczywiście skracałam. Opublikuję ją, specjalnie dla Ciebie lewis, a pisać jeszcze się postaram, kilka niespełinonych tytułów zostało ;)
Cieszę się, że Ci się podoba, chociaż miałam nadzieję, że znajdzie się większe grono osób...

Dodane przez 93asia93 dnia 14-10-2008 14:10
#8

Ulotna sława


Wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Mistrz nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo lubił szkołę podstawową, dopóki z niej nie wyszedł. Na zawsze. A w gimnazjum było zupełnie inaczej... Szkoła była za mała na taką ilość uczniów. I nie chodzi tylko o ilość klas. na przerwach nie było gdzie wbić paznokcia. Nie wspominając o tym, co się działo na schodach. Mistrz nie czuł się pewnie, jak w szkole podstawowej, ale jakby był zamknięty w klatce w zoo z mnóstwem podobnych do siebie okazów, które jednak pomimo podobieństw były mu nieprzychylne albo wręcz okazywały wrogość. Znów był skazany na samotność, zagubiony w ogromnym tłumie.
Mistrz nawet teraz wspomina te nieliczne radosne chwile w jego życiu, w gimnazjum. Faktycznie, było ich niewiele. Chociaż... Tak, całe dwa i pół miesiąca był w centrum zainteresowania swojej klasy. I nie tylko klasy. Dzięki swojej świetnej znajomości wielu dowcipów i mnóstwa skeczy kabaretów, przyciągał do siebie także innych uczniów. Nie tylko z klas równoległych, ale i starszych. Było to naprawdę zdumiewające, żeby nie powiedzieć - graniczące z cudem. Uczniowie klas drugich i trzecich zawsze chodzili z podniesionymi głowami, z góry patrząc na pierwszaków. Jednak gdy w szkole pojawił się Mistrz, starsi koledzy porzucili stare zwyczaje i przyzwyczajenia.
Z początku z daleka, tylko słuchali, gdy Mistrz cytował różne skecze. Z czasem zaczęli przychodzić do niego i prosić, by coś opowiedział. Stali wszyscy w kole i śmiali się. Jednak po dość krótkim czasie Mistrz przestało to bawić. Po kilkanaście razy musiał powtarzać jedno i to samo...
Nie odzywał się, kiedy coś mu nie pasowało. Nie prosił, gdy czegoś chciał. Zaprzeczał, jeżeli ktoś go pytał, czy czegoś mu potrzeba. Nie chciał nikomu przeszkadzać, nie wyobrażał sobie życia, jeśli miałby być dla kogoś ciężarem. Choć sporej liczbie rówieśników Mistrza jego największą zbrodnią było to, że żyje, zawsze starał usuwać się jak najdalej w cień tak, aby nikt go nie zauważył. Nie miał powodów do niechęci, pretensji lub kpin.
Mistrz był silny fizycznie. Mógł przetrzymać bardzo wiele. Wszelkie fizyczne katusze. Jednak przemoc psychiczna była jego piętą achillesową. Nie rozumiał, dlaczego rówieśnicy okazują mu taką wrogość. Dlatego się tym przejmował. Chorował na nerwicę. Tak samo w szkole podstawowej, jak i gimnazjum. Mimo że się zmienił, bardzo się zmienił, nadal nie chciał publicznie okazywać jakichkolwiek uczuć mogących być poczytanych za słabość.
Słabość. To słowo towarzyszyło mu od zawsze. W pierwszej szkole, potem w gimnazjum. W klasach młodszych - pierwszej, drugiej i trzeciej (podstawówki), chodziło o zwykłą sprawność fizyczną, której mu brakowało. Później przerodziło się to w strach przez złymi ocenami. W końcu - strach przed plotkami. Mistrz przeżył ich bardzo wiele. Ludzie potrafili mówić o nim okropne rzeczy. W stu procentach były one nieprawdą. Jednak kto uwierzy osobie takiej, jaką był Mistrz? Nikt. I to było jego największym problemem. Nie szkoła, jak mu się wydawało.
Kiedy w pierwszej gimnazjum zazdrośni znajomi z klasy zaczęli rozpuszczać o nim plotki, Mistrz nie wiedział, nawet się nie domyślał, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Z czasem zrozumiał, że po prostu zazdroszczą mu licznych talentów. Nie potrafił jednak sam dać sobie z tym rady. Lecz nikomu o tym wszystkim nie powiedział. Nie lubił nikogo o nic prosić, wręcz tego nie znosił. Chciał po prostu dawać sobie radę sam. Dopiero gdy przez nich został doprowadzony do stanu głębokiej depresji, Rodzice i Siostra zauważyli, że coś jest nie tak. Wypytywali go o wszystko, począwszy od szkoły - lekcji, nauczycieli i znajomych - poprzez rodzinę (głównie kuzynostwo), aż po organizację kościelną, do której należał. Nie powiedział, że coś się działo. Zaprzeczał wszystkiemu, uśmiechał się. Aż do pamiętnego dnia, kiedy to po raz pierwszy w całym swoim, wtedy trzynastoletnim życiu płakał, kiedy ktoś go widział.
Było to właśnie na spotkaniu owej kościelnej organizacji. Co sobotę o 9:00 przychodził na plebanię. Tego dnia dowiedział się od FBI (Fatalnej Bandy Idiotów - tak nazywał cztery osoby, które dręczyły go najbardziej) rzeczy najprzykrzejszej, jaką miał nieszczęście słyszeć do tej pory. Czuł się tak okropnie, że już nie był w stanie ani chwili dłużej panować nad sobą. Siostra zakonna, która wtedy prowadziła spotkanie, spytała, co się stało. Łzy i słowa same popłynęły z jego ust i oczu. Nie wiedział, czy mówi poprawnie, czy nie. Opowiadał wszystko od początku. Gdy skończył, zanosił się takim szlochem, że o mały włos nie spadł z ławki. Zakonnica mówiła uspokajające słowa, które jednak nie nie dawały. Płakał nieustannie. Przestał dopiero gdy go przytuliła. Głaskała po kasztanowej czuprynie i delikatnie uspokajała. Po dość długim czasie całkiem się uspokoił. I pierwszy raz od dłuższego czasu poprosił. Zakonnica zgodziła się nie mówić nic jego Rodzicom. A on obiecał, że im powie... Lecz gdy wrócił do domu, znów udawał, że nic się nie dzieje. Wcale nie chciał nic mówić. Nie chciał się skarżyć. Okazać słabość... Bo jak inaczej nazwać to, że nie może znieść głupiego gadania bandy kretynów z gimnazjum?

Dodane przez Ami dnia 04-02-2009 13:56
#9

Wow! Wspaniały tekst! Żadnego błedów nie zauważyłam! Wspaniale piszesz!
Dziewczyno, daj to na konkurs

Zgadzam się z tym w 100%!

Dodane przez Niewidka dnia 19-07-2009 21:49
#10

Wspaniale napisane, zgadzam się z Lewisem. Wszystko z życia wzięte, .. szczerze. Znalazłam tylko kilka nielicznych błędów w tych wszystkich rozdziałach.
Usiał

Literówka. (;
Miał nadzieję, że dzięki niemu wygrają, już o sobie wyobrażał.

..., już to sobie wyobrażał.*
Lubił też leżeć na kocu i obserwować posuwające się leniwie po niebie chmury albo poruszane podmuchami wiatry gałęzie drzew.

... podmuchami wiatru gałęzie drzew.*
które jednak nie nie dawały.

... nic nie dawały*

Po prostu wspaniale. A na konkurs możesz śmiało wysłać. (;