Tytuł: Harry Potter - Hogsmeade, Twoja Magiczna Wioska :: [NZ] Mroczny Posłaniec 6/?

Dodane przez Martyna dnia 26-08-2008 23:25
#1

Może ktoś pamięta to ff ze starego Hogsmeade, może nie, ale nie mieliście szansy doczytać jej do końca... Ciekawa jestem waszych opinii.

Jest to ff o Antoninie Dołohowie. Życzę miłej lektury...
__
Antonin Dołohow wpatrywał się ponuro w miskę z jedzeniem. Od kilku dni miał dziwne zwidy - ostatnio widział Mroczny Znak gdzieś w oddali.
Halucynacje - wzruszył ramionami i zajął się zupą. Augustus Rookwood odłożył swoją miskę i podszedł do krat, wystawiając twarz na działanie lodowatego wiatru. Czasami pomagało, gdy więźniowie czuli, że tracą kontrolę nad sobą.
Cóż, zimny wicher na pewno jest w stanie przywrócić zmysły... a przynajmniej większość. - skomentował w myślach Antonin.
Dołohow zamrugał. Przez chwilę zdawało mu się, że w zupie pływa para oczu. Z obrzydzeniem odłożył talerz.
To niemożliwe - powiedział zdecydowanie. Mimo to stracił na dobre apetyt.
Odwrócił się do ściany i wygodnie ułożył. W Azkabanie można było albo siedzieć i wpatrywać się smętnie w niebo zza krat, ewentualnie leżeć na pryczy, spoglądać w sufit i grać z samym sobą w kółko i krzyżyk. Chyba, że zaczynał mówić do siebie. Coś takiego ostatnio spotkało Mulcibera z celi obok. Cóż, stanowiło to miły przerywnik w nudnym, szarym życiu azkabańskich rezydentów.
Po chwili usłyszał łoskot krat, które się odsunęły.
- Wstawaj - polecił strażnik. Zmieniali się co miesiąc. Dementorzy zlatywali się nad czyimś ciałem, które zostało wywleczone z celi. - Który to? Ten chudy, dziobaty nie wygląda mi na kogoś, kto mógłby zabić Prewettów.
Dołohow zmierzył ich niechętnym spojrzeniem. Niższy strażnik zaśmiał się tylko.
- Masz rację. To nie ten. Zresztą, chyba niedokładnie czytałeś gazety. To ten obok.
- Wygląda na silnego, ale czy da radę podnieść łopatę? - zapytał niepewnie wyższy.
W Antoninie powoli wzbierał gniew. Wiele razy musiał to udowadniać. Ostatni raz chyba z... piętnaście? Dwadzieścia lat temu? W Azkabanie szybko traciło się poczucie czasu.
Ale z drugiej strony czuł dumę. Jemu samemu udało się pokonać Prewettów. Byli godnymi przeciwnikami, tak...
- Wstawaj - rozkazał niższy.
Antonin wstał. W końcu mógł wyjść. Chociaż zakopywanie ciała więźnia nie było zadaniem ciekawym ani przyjemnym, przynajmniej miał okazję do rozprostowania kości. No i... Taki przywilej wychodzenia z celi było rzadką możliwością.
- Lestrange, tak, do was obydwóch mówię, zanieście go tam - strażnik machnął ręką w danym kierunku. Bracia niechętnie dźwignęli trupa i skierowali się w tamtą stronę. - Dołohow, ty będziesz kopał. - z tymi słowy mężczyzna podał Antoninowi łopatę.
Bułgar mało się nie uśmiechnął. Zmierzył jeszcze wzrokiem przedmiot, jednak dobrze wiedział, że nie udałoby mu się uciec.
Zawsze umiał rozsądnie ocenić swoje szanse. Teraz nie miał żadnej.
Niechętnie chwycił przedmiot i poczłapał za braćmi. Kiedy znaleźli się na miejscu, strażnicy zostali wraz z nimi.
Cholerny Black - pomyślał Antonin ponuro. Teraz klawisze popadli w paranoję. Pewnie się boją, że nagle rozwiniemy skrzydła i odfruniemy - Dołohow mało się nie roześmiał. Wbił łopatę w ziemię. - Jakby sami nie wiedzieli, że zostały z nas strzępy. - dodał w myślach z goryczą. - Lata służenia Lordowi Voldemortowi zostawiły w nas głęboki ślad, swego rodzaju bliznę, której nigdy nie będziemy mogli się pozbyć.
Zaczął kopać.

Był już wieczór.
Po trzech godzinach stania i pilnowania więźniów strażnicy odeszli. Dołohow sam się zdziwił, że tak długo.
Ci ostatni pilnowali nas prawie dwie godziny. - Antonin odłożył łopatę i wymienił spojrzenia z braćmi Lestrange. Zdawali się na coś czekać.
Coś się dzieje - zrozumiał Dołohow.
Zerknął w atramentowe niebo. Strażnicy przynieśli kilka latarń, po czym znowu się oddalili. Nagle coś ze świstem przeleciało obok.
Łopata wyleciała z rąk Antonina.
Wiedział już, co się stanie.

Niezbyt się zdziwił, gdy na murach Azkabanu ujrzał uwolnionych więźniów. Śmiech Bellatriks był uwieńczeniem tego, jakże upiornego, dnia.
Całkowicie oszalała - ocenił mężczyzna, spoglądając na nią.
To już nie była Bellatriks.
Ta nowa była dużo gorsza.
- Ruszaj się! - Warknął ktoś obok. Antonin ze zdumieniem ujrzał twarz Traversa. - Długo tak mamy jeszcze czekać? Właź na miotłę i spadamy!
__
Mam nadzieję, że jest dobre?

Fantazja: Poprawione.:uhoh:

Edytowane przez Alae dnia 24-02-2009 19:58

Dodane przez ladybird dnia 27-08-2008 02:50
#2

Pytanie... No ba, zę dobre... CNKC

Dodane przez Peepsyble dnia 27-08-2008 10:54
#3

Świetne ; p mi sie podoba ; ]
Również CNKC

Dodane przez Fantazja dnia 27-08-2008 17:08
#4

Właśnie, zastanawiałam się, co zrobisz z tym ff i czy je wznowisz... Wznowiłaś. I dobrze. ^^ A ja czytam po raz drugi. ;P
Do czego się przyczepię... Bo przyczepię się, a jakże. W czasie przerwy od Hogs pobyłam tu i ówdzie na tym i tamtym forum literackim i dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy. Jedna z nich informowała, że niestawianie spacji po myślnikach to podstawowy błąd i zazwyczaj oznacza, że pisarz jest początkujący. Ty nie jesteś początkująca, więc zadowolona bym była, gdybyś jednak je stawiała. Tekst jest wtedy bardziej przejrzysty i lepiej się czyta. A estetyka zachęca. ^^

Dodane przez Martyna dnia 06-09-2008 11:13
#5

No cóż! Ryzyk - fizyk, sprawdzimy, co z drugą częścią ;P Może też będzie dobra, może nie.
Jak będą minimum 3 komentarze, to i trzecią też napiszę.
Miłego czytania.
__
- To tylko sen - powiedział Antonin z niedowierzaniem.
- Zwariowałeś?! - zawył Travers. - Ruszże się wreszcie!
Po chwili na miejscu zjawili się dwaj znajomi strażnicy. Dementorzy gdzieś zniknęli.
- Zrób coś! - wrzasnął śmierciożerca do Dołohowa, trafiając w jednego z nich avadą. Antonin chwycił łopatę.
Teraz miał szansę.
Której nie miał od wielu lat.
Zacisnął palce na trzonku, czując narastające podniecenie. Mężczyzna zdawał się nie rozumieć, co tu się dzieje.
Idiota i półgłówek - ocenił Antonin. - Bez tego niskiego nie jest w stanie samodzielnie myśleć.
Po chwili, w okamgnieniu, zjawił się przy mężczyźnie i zdzielił strażnika w głowę, aż zadzwoniło. Bez cienia emocji przyglądał się martwemu mężczyźnie. Rzucił zakrwawioną łopatę na ziemię i dosiadł miotły.
- Brawo - mruknął z przekąsem Travers. - A więc uwierzyłeś, że to nie sen.
- Jeszcze się zastanawiam. Może po prostu oszalałem - odparł Dołohow.
- Jak tylko znajdziemy się na miejscu, będziesz wiedział, że nie - powiedział zagadkowo Travers.
Inni śmierciożercy również wsiadali na swoje miotły. W końcu wszyscy wzbili się w górę.

Po kilku godzinach lotu Antoninowi zaczynało być niewygodnie. Odwykł od latania, a co najgorsze, w azkabańskim pasiaku zaczynało mu być zimno. Cicho klął pod nosem, gdy trzeba było wznosić się wyżej.
Travers miał paranoję jak Szalonooki Moody. Dołohow podleciał bliżej śmierciożercy i zawołał, starając się przekrzyczeć świst wiatru.
- Hej, Travers! Dokąd lecimy?
- Lestrange's House! - odkrzyknął tamten. - Dobra, na dół!
Wiltshire?
No, no...

Pewien człowiek, zwany w kręgach Ćwikiem Krętaczem, obozował na ganku Lestrange's House. Gdy miotły bezszelestnie opadły na trawnik, zrozumiał, że była to najgłupsza rzecz w całym jego życiu.
Nie dalej jak dziś w miasteczku, tak spokojnym i cichym, zapanowało wielkie poruszenie. Szeptano, że więźniowie z Azkabanu wrócili.
Ćwik dobrze wiedział, co teraz się dzieje. A oznaczało to kłopoty.
Zgasił malutkie ognisko pod kociołkiem, po czym przeczołgał się przez krzaki, do dziury w ogrodzeniu obok, by potem pobiec ile sił w nogach do jednej z melin w centrum.
Jednak nie zdążył.
- Co to ma być? - zapytała gniewnie Bellatriks. Kopnęła rozżarzony jeszcze kociołek i natychmiast wrzasnęła z bólu.
Antonin nie mógł powstrzymać się od chichotu. Na szczęście Bella tego nie usłyszała. Dostrzegł natomiast ruch w krzakach.
- No proszę, co my tu mamy - powiedział z cieniem uśmiechu na twarzy. Menel przyglądał mu się z nieukrywanym przerażeniem. - Travers, daj mi różdżkę.
W końcu odrobina rozrywki. Może jakiś porządny, dobry Cruciatus na początek? - Dołohow się rozmarzył.

Ćwik zrozumiał, co chcą z nim zrobić. Gdy ten dziwny człowiek - zapewne jeden z tych więźniów - odwrócił się do tamtego, Krętacz wlazł głębiej w krzaki.
Miał zaledwie dwadzieścia pięć lat.
Nie chciał jeszcze umierać.
Wiedział jednak, że jego los jest przesądzony. Tamten mężczyzna miał to charakterystyczne spojrzenie... Jak swojego rodzaju piętno.
Był, tak samo jak tamci, mordercą.

Ćwik, jak na swój wiek, posiadał dość duże doświadczenie, przynajmniej w tej kwestii. Przez pewien czas obracał się w takich kręgach, lecz nigdy nie czuł w takim towarzystwie strachu.
A więc wrócili... po ponad dziesięciu latach?
Nagle usłyszał czyjś głos. Natychmiast go rozpoznał.
Jego brat.

- Hę? Gdzie on się podział? - Dołohow rozejrzał się dookoła zdezorientowany. Czyżby menel uciekł? - Przed chwilą jeszcze tu był!
Ćwik wlazł głębiej w krzaki. Miał jeszcze szansę. Gdzie jest ta dziura?
No, znajdź się... - myślał gorączkowo. Wolał zwiać, póki miał czas. Znał dobrze Avery'ego. Jak bardzo się zmienił?
W końcu jednak odnalazł dziurę. W tempie ekspresowym się przez nią przecisnął, po czym otrzepał swoje ubranie i poczłapał do centrum.
Głowę miał nabitą myślami.
A więc Avery uciekł z więzienia. I ten wariat Travers.
Niedobrze, bardzo niedobrze...

- Macie pojęcie, że mógł wiedzieć, kim jesteśmy? - syknął Dołohow. Nagle Rudolfus uklęknął przy ognisku i zaczął grzebać w porzuconych rzeczach menela.
- Ha! Coś tu mam. To chyba jego dziennik, nie? - zapytał z cieniem uśmiechu.
- I kto? Czyj to jest? - Antonin uniósł brwi.
- Właścicielem jest niejaki Ćwik - Rudolfus przekartkował zeszyt. - Nic. Pusty.
- Chyba całkiem oślepłeś w Azkabanie - parsknął Antonin. - Coś tu pisze.
Przecież stoi jak byk - spojrzał na mężczyznę. - Ach, faktycznie...
- A więc to przeczytaj, panie bystry! - Lestrange cisnął w niego zeszytem.
Antonin z cieniem uśmiechu otworzył wyświechtany brudnopis.
"Pamiętam jeszcze Avery'ego. Poszedł do jakiejś szkoły, nie pamiętam, jakiej. Byłem wtedy wściekle zazdrosny. To wszystko... On gdzieś tam przeżywał swoje przygody, uczył się magii. A ja?
Byłem tylko mugolem."
No, no... Avery nie pochodzi z jakiegoś rodu? - Dołohow się uśmiechnął.
- No i znamy twoje pochodzenie, panie czystokrwisty - zachichotał Antonin. - Ktoś się tu ostatnio zarzekał, że jest czystej krwi.
- Uwierzyliście? - prychnął Rabastan.
- Och, ktoś na pewno się o tym dowie - zachichotał Travers.
- O czym ty mówisz? - Dołohow spojrzał na śmierciożercę.
Travers rozmyślnie go zignorował.
- On wie. - powiedział nagle Avery.
- A więc go złapiemy - Dołohow się złowrogo uśmiechnął.
Zaczynało się polowanie.
To, co najbardziej lubił.

Dwa cienie prześlizgnęły się po frontonie budynku i znikły w mroku nocy. Antonin gładził różdżkę. Tak dawno nie miał jej w dłoni.
Chociaż nie była jego własnością. W tym celu musieliby włamać się do Ministerstwa, co niewątpliwie uczynią.
Dla próby machnął różdżką w nic nie spodziewającego się Traversa. Efekt przerósł jego najśmielsze oczekiwania...

- Zamknij się! Po prostu napraw sobie te okulary i bądź cicho! - syknął Antonin. W końcu zauważył tego samego menela.
Niestety, facet również go dostrzegł.
- Wyjdź - powiedział cicho.
Ćwik wiedział już, że umrze. Widział to w oczach tego mężczyzny. On już zaplanował jego los.
- Zanim umrę, powiedz mi, kim jesteś - rzekł.
- Oszalałeś? - Antonin wytrzeszczył na niego oczy.
Od kiedy ofiary pytają o imię i nazwisko? Czy on jest normalny? - zapytał samego siebie Dołohow.
- Crucio!
Wrzask menela był muzyką dla jego uszu. W Azkabanie mógł posłuchać tylko szumu wiatru i bełkotania niektórych więźniów, których umysł robił swoje. I deszcz. To było najgorsze. Słuchanie jednostajnego szumu deszczu działało na nerwy.
Czyli - nudy. Dochodziły do tego jeszcze te najgorsze wspomnienia.
I wyrzuty sumienia, rozdzierające serce - to było najgorsze. To, co ongiś uczynił, nie dawało mu sumienia, kąsało cały czas.
Antonin nie chciał pamiętać. Życie dostatecznie dużo razy dało mu w kość, by miał to jeszcze rozpamiętywać i rozdrapywać stare rany.
Dobrze, że czas Azkabanu już się skończył. Na samo wspomnienie więzienia miał dreszcze.
Antonin westchnął, przyglądając się, jak mężczyzna zwija się z bólu. Uśmieszek zaigrał na wargach Dołohowa.
To było jego życie.
W końcu znudzony Bułgar opuścił różdżkę.
- Jestem Antonin Dołohow - Powiedział z uśmiechem, dostrzegając w oczach Ćwika przerażenie.
Zielone światło zalało całą uliczkę.
A dwa cienie zachichotały tylko i znikły...
__
Dobra, Fantazjo - poprawiłam. Tak?
Mam nadzieję, że dobre? Piszcie.

Dodane przez Tanya dnia 06-09-2008 11:18
#6

Mi tam nic nie przeszkadza w Twoim opowiadaniu. Wydaję mi się, że nie czytałam wcześniej tego ff. Raczej nie. Ale teraz nadrobiłam straty :) Bardzo fajnie piszesz, podoba mi się również Twój pomyśł na opowiadanie. Wszystko mi się podoba! Czekam na część następną.

Dodane przez Fantazja dnia 06-09-2008 16:27
#7

Tak, teraz jest przejrzyściej. ;)
Dobra, teraz weźmy się za komentarz... Tylko, hmm, jest problem. Chyba odwykłam od pisania całkowicie pozytywnych komentarzy. :D Ostatnio nic, tylko bym krytykowała, a tutaj najzwyczajniej w świecie nie mam czego krytykować. Mimo że już to czytałam, to jednak spodobało mi się to tak, jak za pierwszym razem. Teraz niestety ciężko o dobry tekst o śmierciożercach... No a twoje takie są. Dobre. :)

Dodane przez ladybird dnia 07-09-2008 11:49
#8

To już jest trzeci komentarz xD A więc CNKC Oczywiście było super... Jak zwykle twoje ff o śmierciożercach...

Dodane przez Martyna dnia 07-09-2008 12:05
#9

Hmmm, no bo o DE jest tekstów mało, właściwie prawie wcale... A szkoda. No to zaczęło się tworzyć własne... Jakoś nie umiałabym sobie siebie wyobrazić, jak piszę np. o Huncwotach albo o Weasleyach :D

Dodane przez ladybird dnia 07-09-2008 12:37
#10

Nie to nie twój styl pisania xD

Dodane przez Temeraire dnia 07-09-2008 14:07
#11

Mmm...
Z tym opowiadaniem zetknęłam się po raz pierwszy dopiero tu, na nowym Hogs. I jednocześnie:
- żałuję, że tak późno
- cieszę się, że w ogóle zaczęłam je czytać
Zachwyciło mnie już od pierwszych zdań, uwielbiam FanFicki o śmierciożercach...
Martyno, masz świetny styl pisania, nie robisz błędów, a Twoje FF bardzo wciąga, wprost nie można się oderwać.
Dodawaj szybciutko następne części, bo już nie mogę się doczekać.

Dodane przez Martyna dnia 07-09-2008 17:13
#12

A niech będzie. Z góry uprzedzam, następną część dam dopiero za kilka dni.
Poczytajcie sobie :D
__
- Antoninie, nadal sądzisz, że to zły sen? - Lord Voldemort spojrzał na Dołohowa. - Udowodnić ci to?
W oczach śmierciożercy pojawił się strach. Dobrze wiedział, co zaraz zostanie mu udowodnione. Czarny Pan uniósł różdżkę i z okrutnym uśmieszkiem wyszeptał formułę zaklęcia.
Ciało Antonina przebiły niewidoczne rozżarzone noże, rozpalone aż do białości. Zwinął się na podłodze, jęcząc z bólu.
- Uwierzyłeś już? - Lord Voldemort spoglądał na Dołohowa z obojętnością. - Czy może jednak jeszcze troszkę poboli?
- Nie... - wydyszał Antonin. - Ja... Naprawdę... Panie... Czekałem tego dnia, kiedy powrócisz. Wyczekiwałem cię każdego...
- Doprawdy? - przerwał mu Lord Voldemort chłodno. - Czekałeś? Trudno mi w to uwierzyć, Antoninie. Tak, wiem, że marzysz tylko o powrocie do przytulnej celi w Azkabanie, gdzie nie będzie nic, oprócz dementorów.
- Panie, ja...
- Milcz! I nie okłamuj mnie.

Z czasem, gdy zaczął służyć Lordowi Voldemortowi, Antonin stracił wszystko.
Rodzina odwróciła się od niego, gdy pokazał, kim naprawdę jest.
Ale Dołohowowi to nie przeszkadzało. Zawsze był sam.
Lubił samotność.

W jego życiu nie było miejsca na podobne głupoty, jak przyjaźń czy miłość. Nigdy nie czuł potrzeby zakładania rodziny. Z obrzydzeniem przyglądał się zakochanym parom w parku, walcząc z ochotą, by rzucić na nich Cruciatusa.
Po co mu to było? Użeranie się z dziećmi i wiele lat z tą samą kobietą uważał za stratę czasu. Wolał, jeśli już, chodzić do domów publicznych, spędzić tam godzinę i odejść. Po co zawracać sobie głowę małżeństwem, skoro godzina przyjemności równie dobrze wystarczy? - rozumował Antonin, przemykając się przez uliczkę.
Liczyła się tylko walka. I śmierć. Dołohow dobrze poznał to uczucie, gdy przyszło mu kogoś zabić.
Jednak... Zasmakował w tym tak bardzo, że nie mógł się tego wyrzec. Lubił to uczucie, przyglądał się ofiarom, jak gaśnie w nich życie. Kiedy prosili o litość.
Gdy rozumieli, że nie ma już nadziei na ocalenie. To sprawiało Antoninowi największą przyjemność, bawić się z nimi w kotka i myszkę.
Powoli stawał się bestią, tak, jak Bellatriks...

- Kobieta jest, mogę to rzec, w definicji trzech C. - oznajmił dobitnie Rudolfus, wychylając kieliszek wina jednym haustem. - Casa, chiesa e camera da letto!
Zebrani śmierciożercy przyjęli jego słowa gromkim śmiechem.
Na szczęście dla Lestrange'a, w salonie znajdowali się sami mężczyźni.
- Znaczy? - szepnął zdezorientowany Avery.
- Dom, kościół i sypialnia - przetłumaczył Antonin.
- A ja ci mówię, że to jest tak: Keine Kinder, dafür Kreditkarte! - prychnął Rabastan, dolewając sobie więcej.
- O, popatrzcie, jaki doświadczony - zakpił jego brat, wykładając karty.
- Cooo? - Avery spojrzał ze zdumieniem na Dołohowa. - Ni po chińsku, ni po rusku... Rozumiesz coś z tego?
Antonin przewrócił oczami i wyjaśnił:
- Żadnych dzieci, za to karta kredytowa.
- Kłócą się o to już od wielu lat. Uwierzyłbyś, od świąt Bożego Narodzenia, i jak dotąd nie mogą dojść do porozumienia w tej kwestii... - dodał Travers.
- A ja wam na to tak: Kinder, Küche und Kirche! - ryknął śmiechem Rookwood, również pokazując karty. - Wygrałem, oddawaj mi swój krawat.
- Półgłówek. - Antonin cisnął w niego swoją muszką. - Nie lepiej na pieniądze?
- A czy my mamy pieniądze? - Augustus zmierzył go spojrzeniem. - Nie pójdę ot, tak, do Gringotta i poproszę o klucz do skrytki. A do kicia nie mam ochoty wracać.
- Jak tam sobie chcesz. - Rudolfus wzruszył ramionami. - O, widzę, że przywieźli prasę. Dołohow, idź no zaczaj się w krzakach, napadnij tego gazeciarza. Będziemy mieli Proroka za darmo. Chyba, że okażesz się tak wyrozumiały dla ludu pracujących, że zapłacisz.
- Musi - odparł stanowczo Travers. - Nie będziemy znowu uciekać przed aurorami. Dość już rozgłosu.
- Mugolską forsę znajdziesz w puszce za łóżkiem - Rudolfus wzruszył ramionami i wrócił do gry.
Antonin dźwignął się niechętnie.
- Jak który ruszy moje karty, to mu... - powiódł groźnym spojrzeniem po zebranych. Wszyscy zrozumieli, o co chodzi.

- Ej, ty, mały! - Dołohow nie wylazł zza krzaków. - Dawaj no gazetę.
- Sześć knutów - mruknął wcale nie zdziwiony gazeciarz.
Jak za machnięciem różdżki na ziemi zjawiły się brązowe monety. W odpowiedzi chłopak rzucił Prorokiem tak celnie, że trafił w głowę Traversa, śpiącego snem sprawiedliwych za krzakiem.
Śmierciożerca nawet się nie obudził.
- Pijany jak bela - gwizdnął z podziwem Rabastan Lestrange. - No dobra, Avery, Rookwood, łapcie go za ręce i nogi, jakoś go tam zataszczymy...
Antonin zignorował ich i wszedł do salonu, po czym usiadł przed kominkiem. W oczy rzucał się tytuł:
UCIECZKA ŚMIERCIOŻERCÓW Z AZKABANU!!!
Pod spodem znajdowały się zdjęcia dezerterów.
- Musieli mnie przedstawić en face? - zdenerwował się Rookwood. - Znacznie lepiej wyglądam z...
- Cicho bądź, narcyzie.

Zimno, plucha... Zwyczajna, listopadowa pogoda. Antonin brodził w błocie, idąc uliczką cmentarza. Nagle usłyszał rozmowę w swoim ojczystym języku, więc się zatrzymał. Zwłaszcza, że mówiono o nim.
- Ja... Nigdy bym... Antonin jest...
- Uspokój się, kochanie. Powtórz jeszcze raz.
Następni zakochani? - Dołohow skrzywił się z niesmakiem. Kobieta w końcu pokazała swoją twarz.
Antonin oniemiał. Ona tutaj?!
- Przecież noszę jego nazwisko. Jestem Amelią Dołohow. Ale zbyt dobrze znają Antonina. Pamiętają go, i boją się, że zrobię im to samo, co on. Dlatego chcę się przeprowadzić.
- Dokąd? - zapytał spokojnie mężczyzna.
No, no...
Amelia nigdy nie była zbyt inteligentna. Sądzi, że ucieczka od nazwiska i przeszłości swojego brata wystarczy, by zacząć nowe życie. - na wargi Antonina wypłynął cyniczny uśmieszek.
- Gregorowicz się przeprowadził, odkupiłam od niego dom. W ten poniedziałek mnie już tu nie będzie.
- I co dalej zamierzasz zrobić?
- Mam już dość takiego życia - powiedziała cicho Amelia. - Cały czas boję się, że Antonin przyjdzie. Choćbym miała aurorów przy sobie, on i tak mnie pokona. Zawsze był silniejszy.
Święta racja - Dołohow uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Pamiętasz Gideona i Fabiana? - zapytała cicho.
- Owszem.
- Byłam tam, gdy oni zginęli. Wtedy do domu wtargnęli Lucjusz Malfoy, Travers...
- Pamiętasz pozostałych?
- Tak. Byli tam również bracia Lestrange, nawet Bellatriks przybyła. Ale oni byli lepsi. We dwóch pokonali śmierciożerców... Wtedy tamci wezwali Antonina. - Amelia zadygotała. - Wpadł do domu, pojedynek z Fabianem trwał zaledwie chwilę... Jeszcze to pamiętam. Gideon również został pokonany. Pokonał ich bez wysiłku, chociaż walczyli jak lwy. To wąż okazał się od gryfa silniejszy. Gdy ich zabił, zrozumiałam, że dla niego nie ma już odwrotu. Był i zawsze będzie śmierciożercą. Morderstwo to dla niego tylko słowo. Jest zdolny do wszystkiego. Od tamtego dnia ciągle się boję, że on przyjdzie i odbierze mi to, co najcenniejsze. Dla niego to nie ma znaczenia.
Siostrzyczko, wyjmujesz mi te słowa z ust - Dołohow zachichotał jadowicie.
- Co to? Słyszałeś? - Amelia rozejrzała się nerwowo. - Może to Antonin?
- A wiesz, faktycznie masz paranoję... - Dołohow zjawił się na końcu alejki. - I to jak najbardziej słusznie. A właśnie... Jak się mają twoje dzieci? Nazywali się chyba Gideon i Fabian? - puścił do siostry perskie oko i zrobił minę niewiniątka. - Słuchałem uważnie, Amelio. I wiesz co?
Kobieta pobladła.
- Któregoś dnia faktycznie się zjawię na progu twojego domu. Liczę, że mnie godnie przywitasz.
- Odwiedzę cię w Azkabanie. Bo tam jest twoje miejsce.
- Ach, tak? - oczy Dołohowa rozbłysły lodowatym blaskiem. - Doprawdy? Trudno mi w to uwierzyć, droga siostrzyczko - syknął z ironią.
Nigdy nie lubił Amelii. Z wzajemnością.
- A może to ja będę pierwszy. Może zjawię się tam, gdzie chcesz uciec, i na zawsze uwolnię cię od twojego nazwiska.
- Zrób jej coś, a ja cię pokonam - powiedział dumnie napuszony młodzieniec. Antonin wybuchnął śmiechem.
- I ty liczysz, że mnie pokonasz, kogutku? - Dołohow nadal się śmiał. - Nie wiesz, co węże robią z pokonanymi? Daruj sobie tę nędzną szopkę. Mogę cię zabić tu i teraz. Pozbawię Amelii przyjemności, płynącej z twojego towarzystwa. Avada...
Wówczas jego siostra zrobiła coś, czego Antonin nigdy się po niej nie spodziewał. Gdyby nie refleks, już by nie żył. Odbił zaklęcie, uskoczył w bok, rzucił jakiegoś Cruciatusa... Cały świat się rozmazał.
Za nic miał świadków, jeżeli w ogóle jacyś byli. Liczył się tylko pojedynek.
- Impedimenta! - zawołał. Amelia upadła na ziemię niczym pusty worek. - No, no... Gdyby nie to, że dla ciebie zadawanie bólu jest okrutne, a morderstwa nigdy byś nie popełniła - chociaż, doprawdy! Byłaś tego bardzo bliska - Antonin roześmiał się. - Byłabyś całkiem niezłą śmierciożerczynią. Jednak widzisz świat w kolorach czarno - białych. Dobro i zło. A ja widzę go w samych szarościach, które przechodzą do czerni. I to nas różni. Bo ja wolę czerpać radość z zadawania bólu innym, uśmiercania ludzi. A ty? Spójrz tylko na siebie. - dźwignął omdlałą siostrę na nogi. - Całe życie byłaś uczciwa. I dokąd cię to zaprowadziło?
- W przeciwieństwie do ciebie, nie jestem potworem - syknęła Amelia. - Nie buduję swojej władzy na strachu.
- Bo ty jej nie masz - prychnął Antonin. - Wolisz żyć spokojnie i prosto, wieść nudne życie. Umrzeć ze starości w łóżku. A dla mnie najważniejsze jest to, by żyć szybko. Nie potrzebuję długich, nudnych dni.
- Z takim nastawieniem to na pewno szybko umrzesz - mruknęła.
- Nie mam nic do stracenia - odparł. - Wiesz, co jest moim największym marzeniem?
- Umrzeć w walce? - zgadła.
- Świetna odpowiedź. Chwalebny koniec, to jest dla mnie najważniejsze. Cóż, na razie cię pożegnam. Odejdę na kilka lat, zniknę z twojego życia. Ale jeżeli wspomnisz o naszym dzisiejszym spotkaniu, będziesz tego żałować. Jedno jest pewne: Zjawię się kiedyś na progu twojego domu. Nie bądź pewna dnia, ani godziny, gdy przybędę. Żegnaj. - z tymi słowy Antonin zniknął, jakby rozwiał się we mgle.
__
Mam nadzieję, że nie zanudziliście się, czytając tenże odcinek... Piszcie :)

Dodane przez Temeraire dnia 07-09-2008 17:29
#13

Martyno... Zanudziliście się? W życiu! Twoje FF należy do takich, które czyta się z zapartym tchem, a kiedy skończy się rozdział, wprost pragnie się więcej i więcej! Ta notka, tak jak i poprzednie, jest po prostu genialna! Nie robisz błędów - to po pierwsze. Po drugie - masz ładny styl. No i trzecie - przygody Dohołowa tak wciągają, że wprost nie można się oderwać...
Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.

Dodane przez al_iraqia dnia 07-09-2008 18:04
#14

No coś ty! Było świetne! Pisz dalej, prooszę :)

Dodane przez Fantazja dnia 08-09-2008 01:16
#15

Siedzę i siedzę, myślę i myślę, czego naprawdę mi brak...

Tyle że właśnie, nie brak mi niczego. Wszystko jest w porządku, a rozdział był świetny tak jak każdy inny. Podobała mi się zwłaszcza rozmowa o kobietach. Miodzio. ^^ Późniejsza akcja z siostrzyczką też znakomicie opisana. Czytałam z zapartym tchem. No co ci będę więcej słodzić... Wiesz, że lubię twoje ff-y.
Oczywiście z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. ;)

Dodane przez ladybird dnia 08-09-2008 22:18
#16

Nie no Martyno... Coraz ciekawiej i ciekawiej... Cud, miód i orzeszki xD

Dodane przez Martyna dnia 12-09-2008 21:52
#17

No cóż.
Wyjątkowo - chociaż uprzedziłam, że piszę dla minimum trzech komentów - napiszę dziś.

Miłego czytania.
__
- Nie wiesz może, czy tutaj są jakieś rude? - Severus Snape wszedł do salonu, gdzie rezydował obecnie Antonin, czytający gazetę. Dołohow wytrzeszczył oczy.
- Po co ci to? - świat światem, nigdy nie posądzał Nietoperza o coś takiego.
- A jak sądzisz, dlaczego pytam? - prychnął Snape.
- No... Chyba są dwie... - Dołohow zamyślił się głęboko. - Ostatnio... Chyba Marlene i Alice, ale tego doprawdy tak dokładnie nie wiem. Zapytaj Rookwooda, on stamtąd zaraz wraca. A właśnie... Dlaczego pytasz?
Nietoperz odwrócił się do Antonina. Z fałd jego czarnej szaty wyleciał jakiś świstek. Dołohow złapał go - okazało się, że to zdjęcie.
Piękna, młoda kobieta śmiała się, widząc małe dziecko, raz po raz śmigając na dziecięcej miotełce. Miała piękne, długie rude włosy i zielone oczy. Zdjęcie było uszkodzone.
- Ach, tak... Lily Evans - chociaż Antonin jej już niemal nie pamiętał, widok tej twarzy był dla niego przypomnieniem dawnych dni, gdy przyglądał się nad dręczeniem Smarka. - Była dla ciebie kimś ważnym, prawda? - zachichotał. Po chwili zrobił ruch, jakby chciał podrzeć zdjęcie.
- Nie! - krzyknął Snape, rzucając się do przodu. Antonin się cofnął, na jego twarzy odmalował się sadystyczny uśmieszek.
- Nie? - szepnął Dołohow. - Aż tak bardzo ci na niej zależy? Przecież ona umarła. Nigdy właściwie cię tak nie zauważała. Od kiedy nazwałeś ją szlamą, przestałeś dla niej istnieć. Wygląda na to, że ty ją nadal kochasz.
- Oddaj... moje... zdjęcie. - Snape dyszał ciężko, wyglądał, jakby dostał wścieklizny.
- A może je sobie zatrzymać? - Antonin zachichotał. - Pokażę je Czarnemu...
- Nie wymawiaj tego imienia! - krzyknął Severus. - Oddaj je, albo pożałujesz. - wyciągnął różdżkę na znak, że nie żartuje.
- Chcesz się ze mną pojedynkować? - syknął Dołohow i sięgnął do kieszeni po swoją. - Crucio!
Severus Snape zrobił szybki unik. Zaklęcie trafiło w kominek.
- Impedimenta! - zawołał Nietoperz.
Antonin uśmiechnął się lekko. Snape nie był łatwym przeciwnikiem... Ale to Dołohow najbardziej lubił.
Wyzwania.

- Crucio! No, nie możesz tak tańczyć, Nietoperzu, przecież one nie pląsają - zachichotał Antonin po półgodzinie.
- Chcecie się pozabijać? - zdenerwował się Rabastan Lestrange, wchodząc do pomieszczenia. - Odłóżcie te różdżki, do jasnej cholery!
Mężczyźni nie posłuchali.
- Crucio! - ryknął rozeźlony Antonin. Nagle różdżka wyleciała mu z dłoni, tak samo, jak Snape'owi.
- Powiedziałem jasno, żadnych pojedynków. Nie... - powiedział Rabastan, ale Severus go zignorował.
Nietoperz rzucił się na Antonina z takim impetem, że Antonin wyleciał w powietrze. Krzyk zamarł Dołohowowi na ustach. Wpadł na szybę i spadł w odłamkach szkła, do ogrodu.

Gdy minął Snape'a w drzwiach salonu, na ustach Nietoperza rozlał się złośliwy uśmieszek. Dla Antonina była to hańba.
Ktoś go pokonał.
- Oddaj mi zdjęcie - powiedział cicho Snape. - Już!
Dołohow wsadził rękę do kieszeni i zorientował się, że zdjęcie zostało podarte - twarz Lily Evans była cała w strzępach, tak samo jak Harry, który latał obok.
Oczywiście, nadal się ruszali, tyle, że teraz była to niema parodia dawnej fotografii.
- Masz - powiedział gniewnie Bułgar, wkładając w dłoń Snape'a zdjęcie. - To tyle, co ci z niej zostało.
Nietoperz się odwrócił. Na chwilę Dołohowowi zdawało się, że w oczach Severusa rozbłysły łzy. Odwrócił się od Snape'a...
- Sectumsempra! ' usłyszał krzyk za sobą. Nie zdążył się odwrócić ' na jego plecach wykwitła ogromna, szkarłatna plama. Dołohow zatoczył się jeszcze, po czym upadł.
Przed oczami pojawiła się ogromna, czarna plama...
Severus Snape chwilę przyglądał się z satysfakcją pokonanemu rywalowi, dopóki nie uświadomił sobie, że Czarny Pan zechce poznać okoliczności zabójstwa. Odwrócił się więc i stanął twarzą w twarz z Rabastanem Lestrange'em.
- Przed chwilą tu go znalazłem - powiedział cicho Snape. - Idź po dyptam.

Gdy rozmowa wieczorem zeszła na Lily Evans, Antonin przemilczał miłość Snape'a do niej. I tak miał szczęście, że przeżył.
Inni śmierciożercy, oczywiście, wypytywali go, jak to się stało. Rana, zadana Sectumsemprą nie mogła zostać niezauważona. Jednak nie powiedział im, kto to zrobił.
Chociaż dla niego było jasne jak słońce.
- Severusie Snape, kiedyś się na tobie zemszczę - wyszeptał w ciemność. - Będziesz umierał w samotności, konając z bólu. Marząc, by zobaczyć ostatni raz oczy Lily Evans.
Uśmiechnął się do siebie. Nigdy nie rzucał słów na wiatr.
Miał już plan.
__
Ciekawi mnie, co o tym sądzicie.
Piszcie.

Dodane przez Fantazja dnia 12-09-2008 22:45
#18

O, moja ulubiona część. *.*
Najbardziej podoba mi się w niej Snape. Jest kanoniczny. Kanonicznie kanoniczny. Co prawda, to zapytanie o rude już raczej kanoniczne nie było, ale rozumiem, że jakoś trzeba było zacząć. Jednak potem Sever jest cud, miód i orzeszki. Khem, zachwycam się tak, ponieważ bardzo niewielu autorom to się udaje, a ty świetnie go ujęłaś. No i ten pojedynek o zdjęcie Lily... Wspaniale opisany. Ale na końcu aż mi się żal Snape`a zrobiło. Przez niedobrego Antka zdjęcie mu się popsuło. :F
No cóż, no... Pozostaje mi czekać na kolejną część. ;}

Dodane przez ladybird dnia 13-09-2008 15:42
#19

Ojejuśku... Chiba to był najlepszy rozdział. Bardzo fajnie, że pojawił się Snape. I ta walka o zdjęcie. Podkreśliłaś jego miłość do Lilly. Och... Taki trochę rozdział sentymentalny, ale z ikrą.[Nie zwracaj uwagi na określenie, tak jakoś mnie wyszło.]Liczę na kolejną część w bardzo szybkim czasie :)

Dodane przez Temeraire dnia 13-09-2008 20:31
#20

Och...
Gdy skończyłam czytać tę część, aż westchnęłam z zachwytu... Jak Ty to robisz, że każdy kolejny rozdział jest tak cudowną muzyką dla mego umysłu? Z rozkoszą czytam o Dohołowie, raz po raz podziwiając Twój talent. Naprawdę, bardzo mi się podoba i już nie mogę się doczekać kolejnej notki.

Dodane przez Martyna dnia 17-09-2008 19:43
#21

Rozdział jest, jaki jest.
Następnym razem się postaram.
__
Ile jeszcze na nich mam czekać? - wściekał się w duchu Antonin, stojąc pod barem.
- Ej, Dołohow, powinieneś tego posłuchać! - wybełkotał Rookwood, wychodząc chwiejnie. Towarzyszyły mu dwie dziewczyny.
- Czego? - warknął Bułgar. Cierpliwość Antonina została wystawiona na ciężką próbę. Chciał już pójść do salonu i zagrać z innymi w karty, ogrzać się przy kominku...
- Zaraz zaśpiewa Roxanne - wyjaśniła fioletowowłosa.
- Jaka Roxanne? - prychnął ironicznie Dołohow.
- Oooo, właśnie zaczyna... - Rookwood się zachwiał. - Posłuchaj.
Istotnie, popłynęły ku nim subtelne dźwięki harfy...
- Wiatr od wysp unosi pieśń o naszym smutku,
Krzyk mew i westchnienia strumieni,
W każdym śnie słyszę szept wód,
Płynących od gór ku naszym marzeniom...

Coś drgnęło w sercu Dołohowa. Przed oczy wypłynęły mu widoki Bułgarii.
- Kiedy ja tam byłem? - zamyślił się Antonin. Po chwili świat zatonął w dymie papierosowym, wionącym od Rookwooda. Słuchał dalej, ignorując jednostajny szum deszczu.

- Wiej na wschód, o wietrze, i przynieś nam głosy
O mej ziemi, gdzie honor i prawda wciąż gości
We śnie i na jawie wciąż słyszę szmer wód
Płynących od gór w kraju mej młodości.

- Honor i prawda... Ja nie mogę - zarechotał Antonin. - Jeżeli w Bułgarii istnieje jeszcze coś takiego, to jak możemy nazwać to coś, co jest tutaj?
- Świętością? - zakpił Rookwood.

- W tej ziemi wygnania śpiewamy nasze pieśni
Kobzy i harfy grają, jak grały,
Lecz słodka muzyka już nie popłynie jak rzeka,
Tej rzeki nasze dzieci nie będą już znały...

- Kobzy? To chyba odnosi się do Szkotów? - zdziwił się Dołohow.
- Interpretuj to jak chcesz. - Rookwood zaciągnął się. - To jak, wracamy?
- A reszta? - zaprotestował Antonin.
- Mam ich głęboko gdzieś. - Augustus rzucił niedopałek do kałuży. - Poradzą sobie sami.
Ostatnie takty muzyki urwały się raptownie.
Uleciało gdzieś wspomnienie Bułgarii - tylko w sercu Antonina obudziła się dawno uśpiona, szarpiąca tęsknota za krajem...

Minęło kilka nudnych miesięcy...
- Pojedziemy w pole,
Na mugole,
Towarzyszu mój... - śpiewał Augustus Rookwood. Stał na stole, śpiewając do butelki. Antonin przewrócił oczami. Może i tamten potrafił go zrozumieć, ale poczucia humoru za grosz.
- I będziemy po łbach prać,
Bo plugawa jest ich mać!
Towarzyszu mój...
Pojedziemy na łowy,
Do zielonej dąbrowy... - nawet Antonin musiał się uśmiechnąć. Chociaż sensu w tym nie było. - No dobra! Kto ze mną zapoluje na...
Reszta słów zatonęła w donośnym łomocie. Dołohow uśmiechnął się złośliwie - to on podciął nogi Rookwoodowi, który wyłożył się jak długi na stole, rozwalając kieliszki i szklanki zebranych.
- Pięciokartowy dobierany? - upewnił się Macnair.
- Nie, siedmiokartowy otwarty - odparł Rookwood, próbując wstać. - Kto zagra?
Powoli wyrósł las rąk.
- No dobrze. To kto ma pieniądze?
'r16;Las' powoli zaczął się przerzedzać.
- Tak lepiej - ocenił Augustus. - Dołohow, ty nie chcesz grać?
Ale Antonina już nie było.

W tym czasie Bułgar siedział na dachu Lestrange's House i delektował się papierosem. Zaciągnął się, spoglądając na miasteczko w dole. W oddali lśniły światła w oknach Malfoy Manor.
W końcu cisza, której nie doświadczył przez te pięć miesięcy.
Taki spokój... - Antonin wiedział, że zaraz po niego przyjdą. - Kiedy ta mania pokera dla nich się skończy? Nie można wiecznie grać.
Karty były dla Rookwooda życiem. W przeciwieństwie do Antonina, on cały swój żywot spędził w kasynach.
Różnili się jak ogień i woda, a jednak Rookwood go rozumiał lepiej niż ktokolwiek.
- A przecież ty, hipokryto jeden, całe życie grałeś. - na ten głos mało nie spadł z dachu. Dawno go nie słyszał.
Królowa Szpiegów uśmiechnęła się lekko.
- Czego tu chcesz? - warknął gniewnie.
Miał nadzieję nigdy jej nie spotkać. To ona wydała go ministerstwu.
Tak jak ten idiota Karkarow - dodał gorzko w myślach.
Nienawidził jej całym sercem. Ale musiał ścierpieć jej towarzystwo, jeżeli chciał się czegokolwiek dowiedzieć. Nauczył się z kimś takim współpracować - a po uzyskaniu wszystkich informacji rzucić w niego avadą i mieć święty spokój.
Z nią nie było tak łatwo.
- Mam dla ciebie pewną wiadomość.
- Mów i poszła won! - mruknął gniewnie.
- Igor Karkarow jest w Bułgarii - powiedziała spokojnie.
- No, no. Widocznie nie na darmo nosisz takie przezwisko - stwierdził z uznaniem Antonin.
Może jeszcze jej nie zabije.
Przyda się.
- Nazwisko Black zobowiązuje - odparła sucho. Po chwili znikła w mroku.

- Ha! W końcu cię znaleźliśmy. - donośny głos Rookwooda zaczynał działać Dołohowowi na nerwy. - Zagrasz?
W końcu zgodzi się dla świętego spokoju.
- Nie. Spadaj.
- No wiesz, nie możesz całe życie siedzieć na dachu i... - tu już Antoninowi puściły nerwy. Z rozkoszą przyglądał się, jak Rookwood spadł do ogródka na krzaki gardenii. - No złaź na dół, ale już!
Czas na powrót do zwykłego życia. Do kart, wina i tanich dziwek, by któregoś dnia obudzić się i wiedzieć, że nastał czas.
Czas śmierci.
Antonin z utęsknieniem czekał na ten dzień, kiedy pani, której służył, wezwie go do siebie. Gdy zatańczą w śmiertelnym tańcu, ten jeden, ostatni raz.
Czas płynie jak w rzece woda...
__
Nie zabijajcie biednej autorki, która wysiliła się dziś na wszystko, co mogła ;d

Dodane przez Fantazja dnia 25-09-2008 21:27
#22

No cóż, nie wiem jak inni, ale ja Cię mordować nie mam zamiaru. ;D
A część świetna, zwłaszcza piosenka Augustusa mnie rozbroiła. Przeróbka Pojedziemy na łów, jak sądzę... Będę sobie śpiewała pod prysznicem. ;} Oczywiście reszta rozdziału również mi się podobała. Początek był taki sentymentalny, melancholijny, ale przyjemny. Sama końcówka również taka była, ale toto przed końcówką mi spodobało. Znaczy się sposób, jaki Antoś ma na osoby go irytujące. Od tej pory, kto mnie będzie denerwował, zleci z dachu do ogródka. ;d
No to czekam na część kolejną. ^^

Dodane przez Dimrilla dnia 03-10-2008 12:06
#23

Nie wiem, jak to się stało, że wcześniej nie dobrałam się do tego fanfika. Jest świetny. Śmierciożercy jak się patrzy, źli, paskudni i okrutni - samo 'zło i niedobro', dosłownie, a przy tym momentami zachowują się jak dzieci (pijacie przyśpiewki itp.) I śmieszno i straszno...
Mam nadzieję, że będą dalsze rozdziały ( i "Mrocznego Posłańca" i "Króla Departamentu" )

Please? ;)

Dodane przez Martyna dnia 08-11-2008 11:49
#24

Zapraszam do czytania.
__
Antonin Dołohow wpatrywał się ponuro w krople deszczu, bijące w szybę. W całym domu Lestrange'ów panowała cisza. Co bardziej rozrywkowi śmierciożercy ruszyli na miasto, rekompensując sobie tamte lata. A on nie chciał. Miał już dość pijaństw, gier w pokera na pieniądze oraz swawoli z dziwkami.
To nie dla niego.

Czuł się już stary. I zmęczony. Jedyne, co jeszcze w miarę go bawiło, to torturowanie mugoli. Bo ostatecznie - mugole do niego sami nie przyjdą... Przypatrywał się obojętnie, jak jego koledzy po fachu dobierają się do dwóch dziewczyn. Druga, ruda, zaczęła śpiewać. O ile to miał być śpiew: Antonin miał, można by tak rzec, drewniane ucho. Mimo to potrafił powiedzieć, że ta głosu na pewno nie ma.
- Och, weź mnie! - rzekł scenicznym szeptem Walden. Przyjechał tu aż z Londynu. Towarzystwo, siedzące przy stole, wybuchnęło śmiechem. Antonin spojrzał na nich z niesmakiem: może ich to bawiło, ale nie jego.
Ileż można... Ich świat się kręci wokół litrów wódki, dziewczyn. Żyją dniem dzisiejszym. Bo wiedzą, że jutrzejszy może już nie nadejść. Każdego dnia budzą się, wiedząc, że to kolejne podarowane dwadzieścia cztery godziny. Które należy wykorzystać jak najlepiej. Pytanie, co mieści się w ich definicji udanego dnia.
Chciałbym znów móc użyć swojej różdżki... Mam już dość tego siedzenia na dupie i przyglądania się, jak reszta świetnie się bawi.
Chcę zabijać.

Dołohow westchnął i wyszedł na tyły domu. W milczeniu przyglądał się startym niemal napisom na trzech płytach nagrobnych. Były jeszcze dwa groby... No ale kto by się do tego przyznawał?

Wrócił wspomnieniami do tamtego dnia...

- Szlag by to trafił, ilu już poranił?! - do pomieszczenia wpadł Rudolfus. Rabastan oderwał się od łatania Rookwooda bez pośpiechu.
- Dobra, tylko nie nadwerężaj tego ramienia - poinstruował Augustusa, po czym zwrócił się do brata: - Co najmniej dwóch zejdzie z tego świata, jestem tego pewien. - zajął się teraz Dołohowem. Pamiętał, jak wtedy wył z bólu. Jak Rudolfus poradził mu, by trzymał się noża, wbitego w blat. Fale bólu, przenikające na wskroś jego ciało. Musieli go niemal siłą w miejscu trzymać, trzech chłopa, by nie zerwał się do ucieczki.
Rosier.
Spojrzał w zadumie na pierwszą płytę. Czas starł litery, został tylko śladowy, srebrny połysk, gdzie powinna być data i nazwisko.
Tyle, że to nie był nagrobek Evana Rosiera.
Śmierciożercy nie mają co liczyć na porządne groby. Najwyżej na dół w ziemi, nic więcej. Sługi śmierci nie grzebie się z najwyższymi honorami. Nikt go nie żałuje, nikt za nim nie płacze, nie tęskni.
Służba u Lorda Voldemorta nie pozostawia miejsca na sentymenty.
Każdy z nas musi zapomnieć, że kiedyś płakał. Lubił. Kochał.
Zostaje tylko nienawiść i gniew. Musimy zapomnieć o wszystkim, co było nam bliskie. Dla niektórych jest to wielkie wyrzeczenie. Tacy nie zagrzewają tu długo miejsca: Zbytnio nurzają się w przeszłości, wspominając, jak to było...
Jednak takie wyrzutki takie jak ja, nie mają z tym problemu. Nigdy żadnej nie kochałem, do nikogo się nie przywiązywałem. I taki stan rzeczy należy utrzymać. Śmierciożerca nie czuje nic. Jego zadaniem jest zabijać.
Tylko.

Uśmiechnął się z goryczą, po czym zerknął na ziemię pod sędziwym dębem. Tam spoczywały kości Rosiera.
Rosier... Jak dużo o tym wiedziałeś? Czy musiałeś się wyrzec wszystkiego? Porzuciłeś rodzinę, przyjaciół, by wstąpić na śmierciożerską ścieżkę? Czy byłeś szczęśliwy, mogąc służyć Czarnemu Panu?
A czy ty jesteś szczęśliwy, Dołohow? - zapytał jego wewnętrzny głos. W Azkabanie często tak było, że rozmawiał sam ze sobą. Z czasem się do tego przyzwyczaił. Doszło nawet do tego, że zaczął uważać go za swojego przyjaciela. Nazwał go Vladem.
Wiedział, że to zwykłe urojenie. Ale to mu pomagało.
Szczęście. Czym jest dla mnie szczęście? Zabijanie nie jest już takim narkotykiem, jak na początku. To chwila przyjemności, nic więcej. Ale, czy jestem szczęśliwy, służąc?
Nie.
Mam już dość korzenia się u stóp innych. Taki półgłówek, jak Lucjusz Malfoy, może patrzeć na mnie z góry, bo jemu Czarny Pan ufa.
Ale nie chcę odejść.

Nie chcesz, czy nie możesz? - zachichotał Vlad. - Spójrz prawdzie w oczy, Antoninie. Jesteś przy Czarnym Panu, ale nie dlatego, że jesteś wierny. Nie chcesz mu służyć, ale nie odejdziesz. Wiesz, dlaczego? Bo nie masz dokąd się podziać. Wiesz, że kiedy uciekniesz, do polowania na ciebie przyłączą się śmierciożercy. W czyje ręce nie chciałbyś trafić?
Zapytaj Karkarowa. Ja znam już odpowiedź.
Wiedział, że śmierciożercy nie popuszczą, dopóki nie skończą. Nie przestaliby go tropić, musiałby uciekać przed nimi do końca swojego życia. A i tak by go znaleźli.
Przed nimi nie było żadnych tajemnic. Żaden czarodziej ni mugol nie mógł się przed nimi ukryć. Pozwalali ofierze wierzyć, że o niej zapomnieli. Na długo. Może ścigany zdążył założyć rodzinę, rozpocząć nowe życie. A wtedy wkraczali oni.
I przerywaliśmy tę sielankę.
Dołohow spojrzał w zadumie na środkowy nagrobek. Po chwili Rabastan Lestrange również wyszedł na zewnątrz.
Zapomnieliśmy, jak to jest zabijać. Już nie pamiętamy, po co jesteśmy. Aurorzy spełnili swe zadanie: nie ma już wśród nas zbyt wielu prawdziwych śmierciożerców. Tylko kilku nas zostało. A i tak nie jesteśmy godni tego miana. Jesteśmy tylko mordercami, nikim więcej. Dawniej to miało sens, a teraz? - spojrzał na Rabastana. Młodszy śmierciożerca zerknął na niego z ukosa.
- Widzę, że nie tylko ciebie bawi to coś - uśmiechnął się krzywo karminonowłosy, zapalając papierosa.
Antonin nie musiał odpowiadać.
- Gdzie on jest?
Dołohow spojrzał na niego pytająco.
- Rookwood - wyjaśnił tamten. - On zawsze był pierwszy do dziewczyn. A teraz go nie ma. To dziwne, nie sądzisz?
Nie.
- Może musiał do kibla - mruknął drwiąco Antonin.
Biorąc pod uwagę stan kanalizacji, jest to bardzo prawdopodobne.
- Nie - upierał się Rabastan. - Słyszałem, że Czarny Pan...
- Zamknij się - rzucił Dołohow kącikiem ust. - Aurorzy wszędzie są. Może nawet tutaj. Jak chcesz pogadać, to wejdź do środka.
- Ja tam nie wejdę! - uparł się Rabastan.
Czyżby się bał, że go kobiety porwą?
Obok nich z domu wypadł Snape.
- A temu co?
- Nic, znasz przecież tego świętoszka - mruknął pod nosem Dołohow. - Na widok baby natychmiast ucieka, gdzie pieprz rośnie.
Lestrange zachichotał.
- Pewnie miał przykre doświadczenia...
- Powiedzmy. - uśmiechnął się Dołohow. Chociaż nie uczył się w Hogwarcie, a w Durmstrangu, znał doskonale perypetie Severusa, opowiedziane mu przez pozostałych śmierciożerców. O tak, Snape był doskonałym tematem rozmów na długie, zimowe wieczory.
Jeden udawał geja, Rabastan wysłał mu walentynkę i podpisał się "Lily", a Avery klęknął z różyczką i pytał, czy Sev wyjdzie za niego... Chciałbym to zobaczyć.
I pomyśleć, że kiedyś byliśmy młodzi, beztroscy i niewinni...
W sumie, to jednak nie do końca tacy niewinni...

- Dziwnie się zachowuje - mruknął Lestrange w zadumie. - Znika na całe dnie, nie mówi nam, co się dzieje...
- A niby dlaczego miałby? - zdziwił się Dołohow. - Przecież ty też nikomu nie mówisz.
- Chłopy! - do ogródka wpadł Rookwood. - Do domu! Już! Mam wam coś do powiedzenia. Prędko! Ruchy, chłopy, ruchy! - wpadł do Lestrange's House i tyle go widzieli.
- No w końcu coś się dzieje... - mruknął po nosem Antonin i niespiesznie podążył za Rookwoodem.

Na ogłoszenie wiadomości musieli jednak długo czekać. Augustus od razu rzucił się w wir zabawy. Karty, wódka i dziewczyny stały się dla niego najważniejsze. Wystawiwszy cierpliwość kolegów na próbę, balował do wieczora.
W końcu Rudolfus nie wytrzymał. Brutalnie wyciągnąwszy go z ramion dziewczyn, odstawiwszy butelkę wódki, wyrwał mu z rąk karty i postawił na stole, grożąc linczem, jeśli nie zdecyduje się mówić. Porażony gromem tej groźby Rookwood w końcu powiedział.
- Lestrange, nie tankuj tak, bo jutro będziemy taszczyć żywego trupa - wycelował palcem w Rabastana, bezwstydnie dopijającego jego butelkę wódki, siódmą już tego wieczora. - Ty - wskazał Antonina - i ty - paluch przesunął się w stronę Rudolfusa - jedziecie jutro do Bułgarii.
- A co my tam mamy robić? - spytał podejrzliwie starszy Lestrange.
- Czarny Pan mówił mi, że macie się pozbyć Karkarowa. A teraz dajcie mi spokój, dobra? - z tymi słowy Rookwood spadł ze stołu, po tym jakże wyczerpującym przemówieniu zasnąwszy snem sprawiedliwych.

Cieszysz się na spotkanie z Igorem? - zachichotał Vlad. - W końcu jesteście bratnimi duszami: Obaj z Bułgarii. Obaj z Durmstrangu. Obaj śmierciożercy. Z tą różnicą, że Karkarow uciekł.
Jestem inny. Silniejszy.
- odpowiedział sobie Dołohow. -A teraz, z łaski swojej, się zamknij. Znam już prawdę. Nie musisz mnie dobijać, wiesz?
__
Tyle.

Edytowane przez Martyna dnia 18-10-2009 21:19

Dodane przez Vampirzyca dnia 08-11-2008 17:26
#25

aaaaj!
skarbie, tego nie wolno ci robić.
To jest cudne, tylko po cóz powtarzać się pod każdym rozdziałem? To wręcz spam, o.
Cudne, piękne, zue i mhroczne.
Pisz dalej. Bo przyjdę po ciebie. O północy w nocy.

Dodane przez Fantazja dnia 09-11-2008 00:32
#26

O, nie. Nie. Nie, nie, nie. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie. Nie. Po prostu nie. Nie możesz mi tego zrobić. Nie możesz skończyć z tym ff. Bo w depresję wpadnę i się w sobie do reszty zamknę. Na klucz. I ten klucz wyrzucę przez okno. Martyno, pisz, pisz, musisz pisać, bo ci to wychodzi. A poza tym aż nie wypada zostawiać fiku nieskończonego. No i co? Ja mam się nie dowiedzieć, jak umarł Dołohow? No przecież mnie to nie będzie dawało spokoju przez najbliższy rok. A może pójdziesz inną drogą - Antek hajtnie się z jakąś Mary Sue i urodzi się im gromadka dzieciaków. Ja się muszę dowiedzieć. ;P

Co do rozdziału... Aż mi głupio, że się tak powtarzam, ale świetny. Naprawdę świetny. Melancholijny, wiele w nim opisów emocji, wspomnień... Do tego włączyłam sobie klimatyczną muzykę i aż mi się udzielił cały ten Antoninowy nastrój. Cudo. Po prostu cudo.

Tak więc, Martyno droga, nie bądź sadystką i nie kończ tego ff. Chyba, że chcesz mieć mnie na sumieniu. ;d

Wena. Wena i ochoty do dalszego pisania. I Wena.

Dodane przez Kasztan dnia 22-12-2008 12:14
#27

Droga Martyno.
Wszem i wobec ogłaszam, że to koniec naszej przyjaźni, jeśl nie będziesz tego dalej pisać. Serio.
Martyno - to jest cudowne. Za każdym razem, jak czytam twoje ff, to mam kompleksy!
NIgdy żadnych błędów, wspaniała fabuła, bohaterowie tacy... mhhroczni... Kocham DE!
Martynko, ostrzę widły i czekam na kolejną część.
Jeśli jej nie dodasz, to zorganizuję rebelię i z ogniem na ciebie!

Dodane przez idejsza dnia 16-10-2009 21:31
#28

Superrrrr!!!
pisz dalej ,please!

Dodane przez Martyna dnia 18-10-2009 21:41
#29

Pisz dalej. Bo przyjdę po ciebie. O północy w nocy.

Jeśli to ma mnie wybawić od sprawdzianu z angielskiego to przyjdź, możesz mnie gdzieś porwać (do M. najlepiej) to wtedy się zgadzam :D

Tak więc, Martyno droga, nie bądź sadystką

Obawiam się że znasz mnie już od tej sadystycznej strony, zwłaszcza kiedy opisywałam, co zrobię pani Nem :<

Jeśli jej nie dodasz, to zorganizuję rebelię i z ogniem na ciebie!

To ja już wolę umrzeć jak Geralt oO'

Wen niewierny wrócił.
__
Ponarzekaliśmy, popłakaliśmy, wysmarkaliśmy nosy w jednorazówki i się kapnęliśmy, że mimo wszystko jednak chyba pamiętamy, czym jesteśmy.
- Zzzzimno - syknął Dołohow, opatulając się ciaśniej futrem. Bracia spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Kiedyś weźmiemy cię na Syberię - obiecał Rudolfus, rozdeptując niedopałek papierosa na ziemi. - Wtedy zobaczysz, co to znaczy prawdziwe zimno! - zaśmiał się. Antonin wzdrygnął się odruchowo. Dawno go nie słyszał. Upiornego chichotu, w którym szaleństwo mieszało się ze smutkiem. Jedno pozostało niezmienione; Choć usta rozciągnięte były w uśmiechu, oczy były zimne i taksujące, jak zawsze.
Ale oni w gruncie rzeczy mieli tak samo.
- O, proszę, już się szykuje do wyjścia - mruknął Rabastan, sięgając do kieszeni.
- A on gdzie? W tej dziurze nawet nie ma gdzie się schować - zauważył Dołohow. - I zachowujcie się ciszej, na litość bos... - zamarł.
Co ja właściwie chciałem powiedzieć? Na litość boską? Przecież nie wierzę w boga. Odwrócił się ode mnie dawno temu... Gdyby chociaż był, nie pozwoliłby mi zostać tym, kim jestem teraz.
Pocieszam się świadomością, że w piekle nie może być gorzej.

- No w każdym razie ciszej trochę - rzucił półgłosem. Widział, że im się to nie spodobało; Ale mimo wszystko on tu rządził i póki co tak miało pozostać.
- Tak jest, panie kapralu - burknął Rudolfus i wyszedł z tyłów domu, kopniakiem otwierając tylne drzwi. Uchylił się przed avadą w dosłownie ostatniej chwili.
Karkarow wyglądał nie tyle jakby zwariował, co raczej jakby go coś opętało.
Miało się szczęście oglądać parę widowiskowych egzorcyzmów...
- Crucio! - Rabastan okazał nieco lepszy refleks. Wykorzystał moment, kiedy Karkarow spróbował wylecieć przez drzwi frontowe. Bułgar upadł na ziemię, wijąc się, jak to zwykle bywa, pod wpływem bólu.
Gdyby tak się nie stało, to dopiero byłoby nad czym się zastanowić.
Zabijesz swojego brata krwi?
- zapytał wewnętrzny Vlad, chichocząc złośliwie. - Okażesz coś takiego jak miłosierdzie i pozwolisz mu odejść, czy też postąpisz jak to zwykły, straszny, ZŁY śmierciożerca po prostu i się go pozbędziesz?
Dołohow podszedł bliżej i trącił stopą Karkarowa. Monokl leżał rozbity na podłodze, bródka znacząco się przerzedziła... W błękitnych oczach widniało szaleństwo.
- On już zwariował ze strachu - stwierdził z rozczarowaniem Rudolf. - Szkoda. Wariata nie da się ześwirować jeszcze bardziej.
- Co, kusiło cię na kolejne Sztuczki Umysłu? - rzucił z ożywieniem jego brat.
- Przestańcie komentować tylko weźcie się do roboty! - syknął Antonin. - Długo mam czekać, aż go zobaczę martwego?
Obaj spojrzeli na niego spode łba.
- Skoro tak się nie możesz doczekać, paniczu, to sam go zabij - warknął Rabastan i odmaszerował. Rudolfus wzruszył ramionami i podążył za bratem, nie omieszkawszy poczęstować Karkarowa porządnym kopniakiem.

- Wiedziałem... Bracie... - Karkarow oparł się o ścianę.
- Bracie? - Dołohow wybuchnął śmiechem. - Nie jestem twoim bratem.
- Nadal łączy nas wszystkich Mroczny Znak.
- To tylko symbol z przeszłości. Kiedyś coś znaczył. Teraz już nie.
- Nigdy chyba jeszcze nie byłeś tak szczery - zauważył Karkarow.
Nie byłem. I nie będę.
- To tylko prawda.

- Morsmordre chyba możecie rzucić bez uszczerbku na psychice? - odezwał się uszczypliwie Dołohow, wycierając starannie różdżkę. - Czy może to za dużo szanownym panom?
No i wreszcie się go pozbyłem.
Ale trudno było
- zauważył Vlad.
Przeszłość wiąże zbyt mocno.
__
Eh... Patrzę i coraz głupsze mi się wydaje. xD

Dodane przez Paula13 dnia 18-10-2009 21:57
#30

Obiecałam (a raczej zostałam zmuszona xD), więc komentuję. Czy ja muszę coś mówić? Tego nie wyrażą żadne słowa, och, ach! No ale chyba muszę, bo będzie spam... To ff jest świetne, cudowne, wspaniałe i długo by tak wymieniać... Po prostu boskie! Dlaczego nie można czegoś takiego czytać w szkole, zamiast jakichś nudnych lektur? To jest sto razy ciekawsze i w ogóle, aż nie wiem jak to powiedzieć... Ma w sobie to COŚ, o. Kocham czytać wszystko, co ty napiszesz. Nawet jakbyś napisała paragon w sklepie, to by się fajnie czytało :D
I musisz kiedyś napisać książkę. Bo jak nie, to cię łopatą ukatrupię, jak wiesz kto xD

Edytowane przez Paula13 dnia 18-10-2009 21:59

Dodane przez Fantazja dnia 20-10-2009 23:22
#31

Ha! Kocham cię!
Bez skojarzeń. Mam na myśli miłość... hmm... siostrzaną? ;d
No to jest cudne. A że wydaje Ci się głupie, to to nie znaczy, że jest głupie, nawet jeśli faktycznie jest głupie, a mi się tylko wydaje, że nie jest... Nie będę Ci tu solić głupot, że fajnie się czytało, bez błędów itepe, tylko powiem, że przez całą tą (niestety krótką) lekturę machinalnie i mimo własnej woli zeżarłam pół polowy kartki z zeszytu, którą to używałam jako zakładki do książki, a którą to książkę miałam ponoć czytać, ale jak dorwałam Tośka, to stwierdziłam, że mi się nie chce. A, i warto dodać, że obok leżała najzwyczajniej w świecie nietknięta jeszcze paczka delicji i ja nie zwróciłam na nią uwagi... A to źle. Znaczy źle dla mnie, bo mimo wszystko delicje lepiej układają się w żołądku niż średniej jakości papier. I tak kończąc, to Ci powiem, że jeśli jeszcze raz zatniesz mi to FF, to ja osobiście coś Ci zrobię. I będzie źle. O.

Ach, ach i jeszcze coś!

Przecież nie wierzę w boga. Odwrócił się ode mnie dawno temu... Gdyby chociaż był, nie pozwoliłby mi zostać tym, kim jestem teraz.

Ja naprawdę nie wiem, dlaczego wpadła mi w tym momencie na myśl pewna osoba... :>