Tytuł: Harry Potter - Hogsmeade, Twoja Magiczna Wioska :: [NZ] "Toujours Pur - światełko w ciemności", rozdział 5

Dodane przez Flora dnia 10-01-2010 12:50
#1

Moja skromna praca, o moim najulubieńszym bohaterze Regulusie Blacku. Publikowałam ją jedynie na Dziurawym Kotle. Ale pomyślałam, że może warto poznać opinię i waszą...


Rozdział 1

Koniec roku szkolnego nastał szybciej niż się Regulus spodziewał. Siedział w swoim dormitorium i od niechcenia wrzucał rzeczy do kufra, nawet nie starając się, by jakoś je poukładać. Ponury nastrój nie opuszczał go już od paru dni, a wszystko przez Syriusza, który postanowił mu po raz kolejny udowodnić, który z nich jest lepszy.
Regulus miał już serdecznie dość głupich zagrywek starszego brata, który panoszył się po Hogwarcie i zachowywał jak władca wszechświata i okolic. Na dodatek jego relacje z Potterem jeszcze bardziej się zacieśniły.
Durny Potter, to przez niego Syriuszowi poprzewracało się w głowie. Regulus ze złością cisnął stos pergaminów do kufra. Miał dość powodów by nienawidzić Jamesa i jego bandy, która nie dość, że miała gdzieś wszystkie szkolne zasady, to jeszcze prześladowała innych uczniów, oczywiście najczęściej Ślizgonów - weźmy choćby na przykład takiego Snape'a. Uwzięli się na niego, bo miał zdrowe poglądy na temat czystości krwi (choć chyba coś go łączyło z tą Gryfonką, Evans) i w ogóle interesował się czarną magią.
Młodszy Black nie mógł się doczekać powrotu do domu. Już jutro znowu będzie pod opiekuńczym wzrokiem matki i twardą ręką ojca. Syriusz nie odważy mu się dokuczać w ich obecności. Poza tym może w końcu skończy z tym śmiesznym odgradzaniem się od rodziny? Chociaż w to akurat wątpił. Syriusz zawsze był dziwny, a odkąd zaczął chodzić do Hogwartu i trafił do Gryffindoru uznawał za szczyt honoru odciąć się od rodzinnych tradycji.
Regulus zamknął wieko kufra i usiadł na nim, rozglądając się po sypialni, którą zajmował już czwarty rok. Ogólnie rzecz biorąc, prócz nieustannych zaczepek ze strony Syriusza i jego kumpli nie mógł na nic narzekać. Uczył się dość dobrze, profesorowie go lubili (zwłaszcza Slughorn), był szukającym w drużynie Slytherinu, Ślizgoni go podziwiali (no może nie, że wszyscy, ale nazwisko Black zobowiązuje zwłaszcza, kiedy twój przodek był dyrektorem szkoły).
Sięgnął po Proroka Codziennego, leżącego na szafce nocnej McFonleya, jednego z chłopców, z którymi dzielił sypialnię. Przeglądał ją bezmyślnie, dopóki nie trafił na mały artykuł:

Ten-Którego-Imienia-Raczej-Nikt-Nie-Wymawia i jego plany:

Czarnoksiężnik, który zdaje się potężnieć z dnia na dzień, gromadzi swoich zwolenników obiecując im, że wypleni z pośród czarodziejów tych, których rodowody skażone są osobami mugolskiego pochodzenia - informuje Proroka jego tajny korespondent.
Nie od dziś wiadomo, że moc tego czarodzieja przewyższa zdolności niemal wszystkich w magicznym społeczeństwie, wzbudza przestrach ale i podziw.
To czego on dokonał, nie dokonał dotąd nikt - zapewnia nasz zwiadowca. Posiadamy także informacje, dotyczące zniknięcia w tajemniczych okolicznościach kilkunastu mugoli, co może być jego sprawką. Dlatego przestrzegamy was, czarodzieje i czarodziejki, jeśli macie głowy na karkach, nie szukajcie Tego-Którego-Imienia-Raczej-Nikt-Nie-Wymawia.


Ta mała wzmianka o Voldemorcie poprawiła humor Regulusowi. Bez zastanowienia wydarł fragment strony i odłożył gazetę na miejsce. Wstał z kufra, po czym wyjął z niego pierwszą lepszą książkę i włożył do niej skrawek papieru. Wrzucił książkę z powrotem na miejsce i przeciągnął się leniwie. Postanowił wybrać się na spacer po błoniach. A może nawet polata na miotle?
Pogoda była obrzydliwie piękna, jak na gust Regulusa, którego ostre, czerwcowe słońce drażniło w oczy. Idąc w stronę szklarni zobaczył dziewczynę leżącą na plecach, na ławce z twarzą zasłoniętą książką. Jedną nogę miała założoną na drugą, a kilka niebieskich kosmyków jej włosów opadało na ziemię. Regulus od razu poznał kim jest owa, beztrosko czytająca osoba.
Była to Eskarina Huxley, Krukonka, która tak jak on ukończyła właśnie czwarty rok Hogwartu. Poznali się w pociągu, kiedy pierwszy raz jechali do szkoły. Eskarina ukryła się w przedziale Regulusa, bo prześladowały ją jakieś nieznośne drugoroczniaki z powodu jej niebieskich włosów. Regulus bohatersko kazał im się od niej odwalić, a że był dość podobny do Syriusza, żaden drugoroczniak nie chciał się z nim wdawać w spory. Od tego momentu przyjaźnił się z panną Huxley, mimo, że trafiła do Ravenclawu. Oczywiście zapytał ją już na początku, czy jest czarodziejką czystej krwi, na co Eskarina przytaknęła i to mu w zupełności wystarczało.
- Cześć.
Regulus zatrzymał się tak, że jego cień przysłonił książkę, na co dziewczyna gwałtownie drgnęła, upuszczając sobie lekturę na twarz.
- Reg, zwariowałeś? - Eskarina zdjęła sobie książkę z twarzy. - Ile razy cię prosiłam, żebyś się nie skradał?
- Ja się nie skradałem. To ty się wyłączasz ze świata, kiedy czytasz - sprostował Regulus.
- Akurat - prychnęła dziewczyna i usiadła, spuszczając nogi na ziemię.
Była nieco rozczochrana i miała podkrążone oczy.
- Znowu czytałaś całą noc? - zagadnął, a kiedy przytknęła, usiadł koło niej i zabrał jej książkę. - Trzej Muszkieterowie? Nigdy nie widziałem takiego tytułu. To coś nowego?
- Nie wydaje mi się. - Wyrwała mu z rąk swoją własność. - To pasjonująca opowieść.
- Niech zgadnę, o miłości i przyjaźni i takich tam bzdurach? - Regulus spojrzał na koleżankę ironicznie.
- Masz jakiś problem? - zawołała Eskarina buntowniczo.
Regulus zaśmiał się. Właśnie dlatego ją lubił. Nie podlizywała mu się tak, jak większość ludzi, z którymi miał styczność. Zaczytywała się w historiach o bohaterach i przygodach. Znała tysiące opowiadań i przez to słabo wypadała na egzaminach. Ale mimo, że nie radziła sobie najlepiej z Transmutacją i ciężko jej szło ze sporządzaniem eliksirów, to była najlepsza z Historii Magii, dość dobrze radziła sobie z zaklęciami i miała rękę do zwierząt, przez co Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami była jej ulubionym przedmiotem. Nie brakowało jej bystrości i dociekliwości, a jeśli chciała potrafiła być bardzo pracowita, ale poświęcała się tylko temu, co uznała za warte poświęcenia. Była chyba jedyną osobą (po za Syriuszem, ale rodzina się nie liczy), która już nie raz wytknęła Regulusowi, co sądzi na temat jego uczulenia na punkcie czystej krwi. Mimo to akceptowała go takim, jakim był.
- Nie mogę doczekać się jutra - westchnął Regulus, zakładając ręce za głowę.
- Współczuję ci. Całe dwa miesiące z Syriuszem. Nie wytrzymałabym z takim palantem - wyznała Eskarina, sadowiąc się po turecku na ławce.
- To nic takiego. Większość czasu spędzamy w oddzielnych pokojach.
- Z jednej strony to dziwne. Gdybym miała brata nie mogłabym z nim nie rozmawiać, nawet gdyby był skończonym dupkiem.
- Ależ my z Syriuszem rozmawiamy.
- Czyżby?
- Taaaak - zapewnił ją z poważną miną. - Tylko zawsze o jakieś cztery tony głośniej niż normalni ludzie - zaśmiał się, chociaż nie miałby nic przeciwko temu, żeby Syriusz w końcu zmądrzał i odzywał się do niego jak do brata, a nie do wroga.
- I pewnie podczas rozmowy nie koniecznie używacie werbalnych argumentów.
Eskarina była jedną z niewielu osób, które wiedziały, w jak paskudnych stosunkach są bracia Black. Czasami zdążało się, że po spotkaniu z Syriuszem Regulus wracał z podbitym okiem, albo potraktowany jakimś nieprzyjemnym zaklęciem spędzał noc w Skrzydle Szpitalnym.
- Wiesz, do niektórych słowa nie zawsze docierają.
- Nigdy nie zrozumiem, jak Syriusz może się wyrzekać swojej rodziny? - Eskarina skrzyżowała ręce na piersiach.
- Za wszelką cenę chce nam pokazać jakim jest wspaniałym Gryfonem - skrzywił się Regulus. - Nie chciałabyś widzieć, co zrobił ze swoim pokojem. Przekształcił go w świątynię Gryffindoru. Matka dostała szału, kiedy to zobaczyła. W dodatku potraktował wszystko wyjątkowo mocnym zaklęciem nieusuwalności tak, że nawet ojciec nie mógł sobie z nim poradzić.
- Ale czy twoi rodzice nie przesadzają? Powinni być chyba w tej kwestii wyrozumiali.
- Naczytałaś się za dużo tych twoich szlachetnych opowieści - stwierdził z niesmakiem Regulus.
- Właśnie, że nie. Takie traktowanie Syriusza, psuje jego relacje z tobą - oburzyła się.
- Czy ja wiem? To wszystko wina Pottera. Wielcy przyjaciele na śmierć i życie. - Nienawiść do Jamesa wypełniła jego wnętrze. Wiedział, że Syriusz zawsze trochę się buntował, ale zanim poszedł do Hogwartu był prawdziwym starszym bratem, który może i oszukiwał, kiedy grali w dziecinne gry, ale wzbudzał w Regulusie podziw. Teraz tamte czasy wydawały mu się tak odległe, jakby były częścią życia kogoś zupełnie innego.
- Jesteś zazdrosny? - Eskarina spojrzała na niego z ukosa.
- Zwariowałaś? Niby o co? Jestem w Slytherinie, a on w śmierdzącym Gryffindorze!
- Spokojnie, bez nerwów. - Eskarina wstała i ziewnęła szeroko. - Myślę, że za dużą wagę przywiązujesz do tego, kto kim jest. Nie uważasz, że to głupie, tak segregować ludzi na lepszych i gorszych?
- Taki już jest świat - stwierdził Regulus, wzruszając ramionami. - Składa się właśnie z lepszych i gorszych.
- Kiedy ty w końcu zmądrzejesz, Reg? - Dziewczyna pokręciła z westchnieniem głową.
- To ja się zastanawiam, Eskarino, kiedy zauważysz, że nie wszyscy czarodzieje są godni nosić różdżki przy pasie. - Regulus spojrzał na nią ostro.
- No nie, chyba nie chcesz się ze mną pokłócić, co? - zawołała wojowniczo, opierając dłonie na biodrach.
- Jasne, że nie - odpowiedział niezbyt przekonująco.
Eskarina przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu, po czym machnęła ręką i powiedziała:
- Czasami mam cię dosyć, wiesz?
- Co ty nie powiesz?
- Powinieneś poczytać niektóre z książek. Może byś coś załapał.
- O nie, do tego nigdy mnie nie zmusisz, chyba, że potajemnie rzucisz na mnie klątwę Imperio. - Regulus również wstał z miejsca. Razem ruszyli w stronę zamku.
- Pomyślę o tym.
Regulus zaśmiał się.
- Co? Wątpisz w moje zdolności? - Szturchnęła go w rękę.
- Może nie koniecznie w zdolności, ale na pewno w twoje sumienie - odpowiedział, nie mogąc opanować chichotu. - Nie sądzę, by pozwoliło ci zmusić bezbronną istotę do takich okropności, jak czytanie opowiadań o braterstwie i odwadze.
- Myślisz, że jestem taka szlachetna? - Eskarina zatrzymała się z łobuzerskim uśmiechem na twarzy.
- Kogoż my tu mamy? - zabrzmiał znajomy głos.
Syriusz z Jamesem schodzili w dół schodów prowadzących do Wielkiej Sali, pół kroku za nimi szedł Remus Lupin.
- Mój kochany braciszek i jego niebieskowłosa dziewczyna.
- Zamknij się, Syriuszu! - zawołał Regulus z zaciętą miną.
- Widzę, że znowu jesteś w wojowniczym nastroju.
Eskarina spojrzała ze znudzeniem na starszego Blacka. Zadziwiające, jak bardzo obaj bracia byli do siebie podobni. Te same, czarne włosy, ten sam wyraz twarzy (choć większość uważała, że Syriusz jest znacznie przystojniejszy) i ta sama postawa, gdyby nie to, że Regulus był niższy od brata, można by z boku pomyśleć, że ma się do czynienia z bliźniakami.
- Jesteś nudny, Syriuszu - powiedziała, zasłaniając książką potężne ziewnięcie.
- A ktoś cię o coś pytał, dziwaku? - fuknął w jej stronę.
- Odwołaj to!
Regulus rzucił się do przodu, ale Eskarina zdążyła złapać go za rękę.
- Daj spokój. To tyko szczeniackie zaczepki. - Pociągnęła go w stronę wejścia do Wielkiej Sali.
- Tak, słuchaj swojej dziwaczki - zawołał za nimi Syriusz.
- Policzymy się w domu. - Regulus ciągle próbował się uwolnić z uścisku Eskariny.
- Taaa, naślesz na mnie mamusię? - Syriusz udał przerażenie. - Chyba zacznę spisywać testament - ryknął śmiechem, a za chwilę zawtórował mu James, nawet Lupin lekko zachichotał.
- Puść mnie, to go dogonię i spiorę na kwaśne jabłko! - Regulus szarpnął się.
- Jasne, żebyś wylądował na ostatnią noc w Skrzydle Szpitalnym. Nic z tego, Reg. - Eskarina zaciągnęła go, aż pod drzwi do lochów, którymi Ślizgoni docierali do swojego Pokoju Wspólnego.
- Nie rozumiem, jak możesz być taka spokojna.
- Czwarty rok użeram się z docinkami na temat koloru moich włosów i możesz mi wierzyć, że nie ma lepszego sposobu na wyśmiewaczy niż ignorancja.
W końcu uwolniła jego rękę, mierząc go uważnym spojrzeniem.
- Boli cię to, że on ma lepszy kontakt z Potterem, prawda?
Trzeba przyznać, że Eskarina zawsze potrafiła trafić w sedno sprawy, ale z kolei Regulus nie był z tych, co to do sedna sprawy się przyznają.
- No, teraz to wymyśliłaś. Mogę coś zasugerować? Odstaw te głupie książki. - Starał się być zabawny.
- Ale taka jest prawda - zaśmiała się. - Mówię ci to, słowo Krukona.
- Taaa, chyba mądrość Ravenclawu uderzyły ci do głowy. - Lekko zapukał knykciami w jej czoło.
- Mów sobie co chcesz - wzruszyła ramionami. - Do zobaczenia na uczcie.
- Nie wiem czy przyjdę - powiedział, otwierając drzwi.
- Wielki Black, strzelił wielkiego focha. - Eskarina przewróciła oczami.
- Słyszałem!
- I bardzo dobrze.
Pokazała mu języka i wbiegła po schodach by zniknąć w korytarzu prowadzącym do wieży Ravenclawu.

* * *


W nocy śniły się Regulusowi dziwne rzeczy. Jakieś pomieszczenie. Ciemna sala z jakąś rzeźbą pośrodku. Choć się starał, nie mógł jej dobrze zobaczyć, bo na około niego błyskały różnokolorowe iskry.
W Sali byli jacyś ludzie, których twarzy nie widział, gdyż poruszali się zbyt szybko. Mrużył oczy i odczuwał coraz większy strach. Ci ludzie ze sobą walczyli, a iskry były odbijającymi się od kamiennych ścian zaklęciami.
Regulus stał w samym środku walki. Rozejrzał się i zaczął biec w dół po stopniach w kierunku postumentu, na którym stała dziwna rzeźba. Nagle drogę zagrodziła mu postać spowita w czarną szatę z kapturem zarzuconym na głowę i uderzyła go w twarz z taką siłą, że chłopak przewrócił się i boleśnie upadł na kamienne schody. W tym momencie przebudzony zerwał się z pościeli, ciągle czując strach.
Ten sen prześladował go już od jakiegoś czasu. Regulus nie miał jednak pojęcia, o co w nim chodzi. Nie mógł tam nikogo rozpoznać, nawet tego pomieszczenia nigdy w życiu nie widział. Oczywiście tłumaczył sobie, że sny rządzą się swoimi prawami i ani postaci, ani scenerie nie muszą istnieć w realnym świecie, ale inne sny nigdy nie były tak realne, jak ten.
Powoli się uspokajał. Opadł na poduszkę i zamknął oczy. Za kilkanaście godzin będzie w domu.
Z tą myślą powtórnie zapadł w sen.

* * *


- Kiedyś będę miała smoka - powiedziała z przekonaniem Eskarina, wpatrując się w las, który akurat mijali.
Regulus dopiero co się do niej przyłączył. Siedział w zupełnie innej części pociągu razem ze swoimi kumplami z drużyny, ale zawsze choć na chwilę zaglądał podczas podróży do swojej koleżanki z Ravenclawu. Tak było odkąd się poznali.
- Weź ty, może wyjdź za Hagrida? - zaśmiał się Regulus z lekką ironią. - Będziecie hodowali cudaczne stwory, zamiast wychowywać dzieci.
Eskarina spojrzała na niego, jak na coś paskudnego.
- Mówię poważnie, wiesz.
- Ja też.
- Jesteś okropny. - Wróciła do podziwiania widoków za oknem.
- A ty, to co? Smoki są obrzydliwe - wzdrygnął się na samą myśl o tych wielkich gadach.
- Przyznaj się po prostu, że się ich boisz - odgryzła się Eskarina.
- Ja? Ja się niczego nie boję - powiedział Regulus z przemądrzałą miną, sadowiąc się wygodnie na swoim miejscu i kładąc nogi na przeciwległym siedzeniu.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś skromny, ale teraz to już przesadziłeś - stwierdziła ironicznie jego towarzyszka.
- Wiesz, tak sobie myślałem... - Regulus zapatrzył się w jakiś niewidzialny punkt ponad miejscem na bagaże.
- Mhmm?
Ale Eskarina nie dowiedziała się, o czym Regulus myślał, bo na korytarzu rozległ się straszliwy hałas.
Obydwoje zerwali się na równe nogi i wyjrzeli z przedziału. W wąskim przejściu tłoczyło się sporo osób.
- Co tu się dzieje? - zapytała Eskarina jakiejś jasnowłosej dziewczyny.
- To chyba Potter. Zdaje się, że znowu pobił się z tym chłopcem ze Slytherinu - odpowiedziała jej przyciszonym głosem.
- Co takiego? Cholera, Reg!
Nie zdążyła go chwycić. Regulus już przeciskał się do samego środka wydarzeń. Scena, jaka ukazała się jego oczom była dość żałosna. Severus Snape miotał się jak oszalały, próbując uwolnić się z kwiecistej koszuli, która ciasno oplatała mu całą głowę i ramiona.
Naokoło leżała wysypana zawartość jego kufra. Wszędzie leżały książki i pergaminy uwalane atramentem, oraz przeróżne części garderoby.
Niedaleko z głupimi minami, zaśmiewając się do rozpuku, stali Syriusz i James. W rękach trzymali różdżki.
Regulus miał ochotę i jednego, i drugiego potraktować Avadą, gdyby tylko wiedział jak...
Postanowił jednak zadziałać.
- Finite Incantatem! - machnął różdżką w stronę Severusa. Koszula natychmiast przestała dusić swojego właściciela.
- Nie, no, braciszku, psujesz zabawę - zarechotał Syriusz.
- Relashio! - krzyknął Regulus bez uprzedzenia, celując w Syriusza.
Z jego różdżki wystrzelił snop iskier.
James, który w przeciwieństwie do swojego przyjaciela zachował uwagę, ryknął:
- Protego!
Zaklęcie Regulusa odbiło się od niewidzialnej tarczy. Ten moment wystarczył, żeby Syriusz się zreflektował.
- Powstrzymajcie ich! - zawołała Eskarina, która nie mogła się przepchać do Regulusa.
Niestety nikt jej nie słuchał. Wszyscy chcieli obejrzeć przed wyjściem z pociągu pojedynek, a ten zapowiadał się ciekawie.
- Furnuculus! - rzucił Syriusz.
Jego zaklęcie chybiło celu, odbijając się od przewróconego kufra Snape'a i trafiając jakiegoś chłopca.
- Edwardzie! - krzyknęło kilka osób.
Edward, którego klątwa ugodziła w twarz, wrzasnął przeraźliwie, czując jak na skórze pojawiają się bolesne pęcherze.
- Przestańcie natychmiast! - dobiegł ich głos jeszcze jednej dziewczyny.
- Nie wtrącaj się Evans, z łaski swojej! - skrzywił się Syriusz.
- Serpensortia!
Severus włączył się do walki. Z jego różdżki wystrzelił ku Jamesowi i Syriuszowi czarny, gładki wąż z wielkimi kłami.
W korytarzu zrobiło się straszne zamieszanie. Dziewczyny wrzeszczały jak oparzone i zaczęły wycofywać się do przedziałów, by uciec od oślizgłego potwora.
Wąż upadł u stóp Syriusza, który cofnął się pod okno w momencie, kiedy stwór wystrzelił w jego stronę.
- Reducto! - Eskarina zdyszana wycelowała w węża w ostatnim momencie.
Siła jej zaklęcia była tak duża, że po gadzie nie został nawet ślad.
- Uspokójcie się! - krzyknęła z wściekłością.
- EXPELLIARMUS! - zawołały naraz trzy osoby.
W korytarzu powstała mała eksplozja i ci, którzy ciągle przyglądali się pojedynkowi, odczuli skutki rzuconych zaklęć. Niemal wszystkich zwaliło z nóg.
Regulus, upadając uderzył głową w klamkę drzwi prowadzących do przedziału i zdarł sobie skórę do krwi. Syriusz przewrócił się tak nieszczęśliwie, że stłukł boleśnie nadgarstek. Severus obficie krwawiąc z nosa, gramolił się z klęczek.
Każdy, kto znalazł się w zasięgu niszczącego zaklęcia odniósł jakieś obrażenia. Ludziom odechciało się oglądania bójki i powoli rozchodzili się, szepcząc coś do swoich towarzyszy.
- Wszystko w porządku? - zapytała Eskarina, podając różdżkę Regulusowi.
- A jak ci się wydaje? - odburknął nieuprzejmie.
Krukonka obdarzyła go miażdżącym spojrzeniem, po czym odwróciła się i celując w porozwalane rzeczy różdżką, ze spokojem powiedziała:
- Pakuj.
Natychmiast dobytek Severusa grzecznie poskładał się i wskoczył z powrotem do kufra. Sam Snape (wyglądał dość żałośnie, cały umazany własną krwią) właśnie odnalazł swoją różdżkę i spojrzał z niesmakiem na Eskarinę, która odwróciła się w stronę prowodyrów całego zamieszania. Syriusz stał rozmasowując sobie rękę, a James naprawiał pęknięte okulary.
- Wspaniale - syknęła Eskarina.
- Po co się wtrącasz? - warknął James, zakładając okulary na nos.
- Po to, żebyś się głupio pytał - odpowiedziała z wyniosłą miną. - Za chwilę będziemy w domu, a wam się dręczyć ludzi zachciewa? Doprawdy, dalibyście sobie już spokój.
- Jak na tak obrzydliwą powierzchowność masz zadziwiającą liczbę obrończyń, Snivellku - zadrwił Potter.
Severus obnażył swoje pożółkłe zęby. Ręka, w której trzymał różdżkę drgnęła lekko, ale najwyraźniej nie chciał wznawiać walki.
- Za to wy z Syriuszem jakoś nie możecie żadnej znaleźć - wtrącił się Regulus.
- Co ty tam możesz wiedzieć? - zaśmiał się kpiąco jego starszy brat.
- Matka ci tego nie daruje.
- Oczywiście, bo ty jej wszystko powiesz, kapusiu.
- Wykazałbyś się honorem i zatrzymał to, co się stało dla siebie - poparł przyjaciela, James.
- Nie waż mi się mówić, jak powinienem postępować.
Regulus miał ochotę znów miotnąć w nich jakimś wymyślnym zaklęciem. Jednak kolejna potyczka nie wchodziła w grę, byli zbyt blisko Londynu.
- Nie rozumiem, o co ten cały szum? - Syriusz udał, że zastanawia się nad czymś bardzo ważnym. - Chcieliśmy tylko pożegnać się ze Smarkerusem. Prawda Smarku?
- Jeszcze się policzymy - warknął Snape, lewitując swój kufer w kierunku przejścia między wagonami.
- O tak, my też będziemy tęsknili - wyszczerzył się Potter.
- Jesteście żałośni. - Eskarina weszła do swojego przedziału.
Po kilku sekundach dołączył do niej Regulus, cały czerwony ze złości.
- Powiedz mi jedno. Po co się do tego mieszałeś? - zapytała zanim zdążył powiedzieć cokolwiek.
- Bo musiałem.
- Oczywiście, kierowała tobą troska o dobro twojego kolegi ze Slytherinu, a nie chęć ugodzenia Pottera jakąś paskudną klątwą.
Popatrzyła na niego z wyrzutem.
- O co ci chodzi? Przecież też nie chciałaś, żeby się znęcali nad słabszymi - przypomniał jej.
- Owszem, ale to nie było mądre. Taka mała przestrzeń... Widziałeś co wyczarował, ten cały Snape? - zadrżała na samo wspomnienie czarnego węża.
- Uważam, że to było świetne. Syriusz był przerażony, doskoczył do tego okna...
- Regulusie, to był prawdziwy, jadowity wąż, który mógł ukąsić Syriusza i Bóg wie kogo jeszcze! To nie są żarty!
Eskarina naprawdę była wzburzona tym, że Regulus zachwyca się czarnomagicznymi sztuczkami.
- Może przestałabyś się na mnie wydzierać? Gdyby nie ja...
- Och, czasami jesteś taki...
- Jaki?
- Niemożliwy!
Eskarina z bezsilności opadła na siedzenie.
- Posłuchaj, Syriusz sobie na to zasłużył. Znam go lepiej niż ty i mógłbym ci opowiedzieć takie historie, że sama nasłałbyś na niego nie jednego, ale całe gniazdo takich węży. - Regulus patrzył na nią z góry. - Mam nadzieję, że te wakacje coś zmienią.
- Dlaczego miałyby coś zmienić?
Regulus pomyślał o Voldemorcie i jego sługach, a także o tym, jaki będzie świat, kiedy on już nad nim zapanuje.
- Wiele rzeczy się zmieni. - Wzruszył ramionami.
- Co masz na myśli?
Eskarina czasami martwiła się o Regulusa, zwłaszcza, kiedy mówił takie dziwne rzeczy, jak teraz. Widziała w jego oczach jakąś nieprzeniknioną ciemność.
Oczywiście sporo wiedziała o rodzie Blacków. Znała ich obsesję na punkcie czystości krwi i arystokratyczny sposób bycia. Czytała o sławnych przodkach Regulusa i zdawała sobie sprawę, że jej przyjaciel jest zdecydowany podążać śladami, jakie wytyczała mu tradycja. Mogła mieć jedynie nadzieję, że rozsądek i jego dobra strona nie pozwolą mu się stać kimś pokroju Bellatriks Black. Wszyscy wiedzieli, że to straszna kobieta - zła do szpiku kości, zafascynowana czarną magią. Krążyły pogłoski, że przyłączyła się do tego okropnego czarnoksiężnika...
- Chyba nic konkretnego, tak po prostu sądzę. - Regulus podrapał się po głowie. - Wiesz, to są aż dwa miesiące - zaśmiał się, rozładowując nieco atmosferę. - Chyba potrenuję, tak, żeby w przyszłym roku pobić Pottera.
- Quidditch... - Eskarina pokręciła głową z westchnieniem. Nie znosiła tej gry. Uważała ją za barbarzyńską i pogłębiającą wzajemną niechęć uczniów poszczególnych domów względem siebie.
- Powinnaś w końcu przyjść na mecz.
- Nie zmusisz mnie, no chyba, że TY zaczniesz czytać moje książki. - Pochwyciła sprytnie temat.
Regulus uśmiechnął się sceptycznie.
- Nie wiesz co tracisz, dziewczyno. Zresztą, nie wierzę, że nie byłaś na żadnym meczu.
- Nigdy nie twierdziłam, że nie byłam na żadnym meczu. Ale mi to do szczęścia nie jest potrzebne... jakieś wzajemne okładanie się pałkami i przerzucanie piłek przez głupie bramki - przewróciła oczami.
- Jasne, jasne. Rozumiem.
Za oknami pojawiły się zabudowania Londynu. Pociąg wjechał do miasta, jak zwykle niezauważony przez mugoli.
- To widzimy się we wrześniu.
Regulus otworzył drzwi przedziału.
- Tak. Udanych wakacji, Regulusie. - Eskarina spojrzała na niego uważnie. - Nie daj się Syriuszowi.
- Nie zamierzam - zapewnił ją z dziarską miną. - Do zobaczenia.
Ruszył w stronę lokomotywy.
Kiedy przechodził obok przedziału, w którym siedział Syriusz razem ze swoimi kumplami, zauważył, że wszyscy są w znakomitych humorach. Niestety on nie mógł powiedzieć, że czuje się wyśmienicie. Nie dość, że bolała go głowa w miejscu, w którym uderzył nią o klamkę, to jeszcze odczuwał w sercu dziwną pustkę.
Z roku na rok było coraz gorzej. Miał wrażenie, że bardzo powoli spada w przepaść. Nie mógł z tym nic zrobić. Miał oparcie w rodzicach, było mu ono potrzebne, żeby mógł wierzyć w to, co świat mu oferował.
Zastanawiał się czasami, dlaczego Syriusz tego nie przyjął. Czy to była kwestia tego, z jakimi ludźmi się zadawał? Czy to dlatego, że trafił do Gryffindoru, bo rzeczywiście chował w sobie zupełnie inne wartości?
Regulus nie sądził, by Syriusz był lepszym człowiekiem od niego i w ogóle od reszty rodziny.
Tak bardzo przechwalał się swoją odmiennością, a nawet nie potrafił dostrzec tego, że swoim zachowaniem przypomina swoją okrutną kuzynkę, Bellatriks. On przynajmniej nikogo nie prześladował. Raczej nie rozmawiał ze szlamami, a jeśli już to odnosił się do nich z wyższością, dając im odczuć, kto tu jest ważniejszy, ale żeby kogoś męczyć? Nie, Regulus nie miał na swoim koncie bezpodstawnego rzucania w ludzi klątwami.
Doszedł w końcu do swojego przedziału, w którym zostawił swoich kumpli. Turnera i Chaplina.
- Co tam się działo? - zapytał Turner, niezwykle wysoki i krzepki młodzieniec, który grał razem z Regulusem w drużynie, tyle, że na pozycji pałkarza.
- Nic nadzwyczajnego - odpowiedział młody Black, zdejmując swój kufer z pułki na bagaże. - Nie powinniście już się zbierać?
- Czekaliśmy na ciebie. Jak poszedłeś, tak przepadłeś - powiedział Chaplin, wstając z miejsca.
Był to drobny chłopiec, o jasnych włosach i kwadratowych okularach w grubych oprawach na nosie. Thomas Chaplin był w tym samym wieku, co Regulus i dzielił z nim dormitorium. Jego rodzina miała zbliżone poglądy do tych, jakie prezentowali Blackowie, więc siłą rzeczy znaleźli wspólny język.
- Czas się zbierać. - Regulus nie miał ochoty na kolejną rozmowę o Syriuszu.
Pociąg zaczął hamować. Na korytarzu zaroiło się od uczniów.
- Poczekaj. - Chaplin chwycił Regulusa za ramię.
- Co?!
- Krwawisz. Cierpliwości, to cię naprawię, póki jeszcze mogę.
- Dzięki Tom, obejdzie się.
Regulus odwrócił się i wyszedł na korytarz. Pociąg w końcu stanął. Chłopcy i dziewczęta przepychali się do wyjść, by jak najszybciej znaleźć się na peronie, wśród swoich bliskich.
Black rozejrzał się po placu i dostrzegł ojca; wysokiego mężczyznę z ciemnymi włosami, przyprószonymi siwizną. Postawę miał prostą, minę wyniosłą; jedno spojrzenie wystarczyło, by przekonać się po kim bracia Black odziedziczyli wygląd zewnętrzny.
Regulus ruszył w stronę Oriona Blacka, rozglądając się jednocześnie za Syriuszem.
Dostrzegł go, jak klepał po bratersku Jamesa po plecach. Wymieniali jakieś ostatnie uwagi i szczerzyli się do siebie, przywodząc Regulusowi na myśl dwa psy, merdające ogonem. Oderwał wzrok od tego żałosnego, jego zdaniem, widoku i skupił się na postaci ojca.
- Cześć, tato.
- Witaj synu.
Orion uścisnął Regulusa.
- Jak minęły ostatnie dni? Co to jest? - Jego wzrok zatrzymał się na zranionej skroni młodszego syna.
- Nic takiego. Nie ma o czym mówić - zapewnił go Regulus.
- Na pewno? Kto ci to zrobił? - Orion groźnie zmarszczył brwi.
W tym momencie poszedł do nich Syriusz, ciągnąc za sobą swój kufer. Minę miał zaciętą, po wesołym uśmiechu nie było nawet śladu.
- Nikt. To był wypadek.
Syriusz uśmiechnął się szyderczo pod nosem, co Regulus skrzętnie odnotował w pamięci, był bowiem z natury młodzieńcem pamiętliwym.
- Powinniśmy już wracać do domu. Jesteśmy zaproszeni do Lestrange'ów.
Regulus spojrzał na ojca z ciekawością.
- Nasza Bella wyszła za mąż.
- O nie, ja się nigdzie nie wybieram - oznajmił Syriusz z odrazą w głosie.
- O tym ja zadecyduję. - Orion zmierzył swego pierworodnego władczym spojrzeniem.
- Ale...
- Dosyć, Syriuszu. Porozmawiamy o tym w domu.

Edytowane przez Flora dnia 04-06-2010 01:34

Dodane przez Peepsyble dnia 10-01-2010 13:47
#2

oczywiście najczęściej Ślizgonów - weźmy choćby na ten przykład takiego Snape'a.

Myślę, że przez dodanie "ten" miaało wyglądać i brzmieć ładniej, jednak jak dla mnie lepiej brzmi bez tego słowa. Wystarczy "weźmy choćby na przykład takiego Snape'a".

(no może nie, że wszyscy, ale nazwisko Black zobowiązuje zwłaszcza, kiedy twój przodek był dyrektorem szkoły).

Nie jestem pewna co do przecinków. Nie powinien być przed zwłaszcza? Mi ładniej wtedy brzmi, jakoś tak inaczej... Ale co do tego nie mam pewności.

Ten-Którego-Imienia-Raczej-Nikt-Nie-Wymawia i jego plany:
0
Czarnoksiężnik,

Po co w środku to zero?

Pogoda była obrzydliwie piękna, jak na gust Regulusa, którego ostre, czerwcowe słońce drażniło w oczy.

Drażniło oczy, nie w oczy.

Idąc w stronę szklarni zobaczył dziewczynę leżącą na plecach na ławce z twarzą zasłoniętą książką.

Tutaj również nie jestem pewna przecinków. "Na plecach, na ławce" czy "na plecach na ławce"?

- Co? Wątpisz w moje zdolności? - szturchnęła go w rękę.

"Szturchnęła" z wielkiej litery.

- Kiedy ty w końcu zmądrzejesz, Reg? - dziewczyna pokręciła z westchnieniem głową.

"Dziewczyna" z wielkiej litery.

Przede wszystkim muszę powiedzieć, że zachwyciła mnie długość rozdziału. Jakieś 90% opowiadań na Hogsmeade jest z pięć razy krótsze od Twojego...
Również Regulusa lubię, jest dość oryginalną postacią, rzadko występuje w fickach, a ich autorzy mają duże pole do popisu, bo o tej postaci akurat wiemy dość mało. Podoba mi się ten pomysł, by opisać życie Regulusa - tutaj jeszcze się z takim fickiem nie spotkałam, choć może pamięć mnie zwodzi... Jeśli już to jedynie kilka razy trafiłam na takie opowiadanie.
Piszesz ładnym stylem, robisz mało błędów, opisujesz ciekawie, interesująco przedstawiasz postacie. Bardzo mi się to podoba.
Napisałabym więcej, ale muszę lecieć, tak wiec życzę powodzenia w dalszym pisaniu. Zapewne jeszcze mnie tu zobaczysz, bo zamierzam tu wpadać. ; }

Dodane przez Flora dnia 10-01-2010 14:28
#3

Flora napisał/a:
Moja skromna praca, o moim najulubieńszym bohaterze Regulusie Blacku. Publikowałam ją jedynie na Dziurawym Kotle. Ale pomyślałam, że może warto poznać opinię i waszą...


Rozdział 1

Koniec roku szkolnego nastał szybciej niż się Regulus spodziewał. Siedział w swoim dormitorium i od niechcenia wrzucał rzeczy do kufra, nawet nie starając się, by jakoś je poukładać. Ponury nastrój nie opuszczał go już od paru dni, a wszystko przez Syriusza, który postanowił mu po raz kolejny udowodnić, który z nich jest lepszy.
Regulus miał już serdecznie dość głupich zagrywek starszego brata, który panoszył się po Hogwarcie i zachowywał jak władca wszechświata i okolic. Na dodatek jego relacje z Potterem jeszcze bardziej się zacieśniły.
Durny Potter, to przez niego Syriuszowi poprzewracało się w głowie. Regulus ze złością cisnął stos pergaminów do kufra. Miał dość powodów by nienawidzić Jamesa i jego bandy, która nie dość, że miała gdzieś wszystkie szkolne zasady, to jeszcze prześladowała innych uczniów, oczywiście najczęściej Ślizgonów - weźmy choćby na przykład takiego Snape'a. Uwzięli się na niego, bo miał zdrowe poglądy na temat czystości krwi (choć chyba coś go łączyło z tą Gryfonką, Evans) i w ogóle interesował się czarną magią.
Młodszy Black nie mógł się doczekać powrotu do domu. Już jutro znowu będzie pod opiekuńczym wzrokiem matki i twardą ręką ojca. Syriusz nie odważy mu się dokuczać w ich obecności. Poza tym może w końcu skończy z tym śmiesznym odgradzaniem się od rodziny? Chociaż w to akurat wątpił. Syriusz zawsze był dziwny, a odkąd zaczął chodzić do Hogwartu i trafił do Gryffindoru uznawał za szczyt honoru odciąć się od rodzinnych tradycji.
Regulus zamknął wieko kufra i usiadł na nim, rozglądając się po sypialni, którą zajmował już czwarty rok. Ogólnie rzecz biorąc, prócz nieustannych zaczepek ze strony Syriusza i jego kumpli nie mógł na nic narzekać. Uczył się dość dobrze, profesorowie go lubili (zwłaszcza Slughorn), był szukającym w drużynie Slytherinu, Ślizgoni go podziwiali (no może nie, że wszyscy, ale nazwisko Black zobowiązuje zwłaszcza, kiedy twój przodek był dyrektorem szkoły).
Sięgnął po Proroka Codziennego, który leżał na szafce nocnej McFonleya, jednego z chłopców, z którymi dzielił sypialnię. Przeglądał ją bezmyślnie, dopóki nie trafił na mały artykuł:

Ten-Którego-Imienia-Raczej-Nikt-Nie-Wymawia i jego plany:

Czarnoksiężnik, który zdaje się potężnieć z dnia na dzień, gromadzi swoich zwolenników obiecując im, że wypleni z pośród czarodziejów tych, których rodowody skażone są osobami mugolskiego pochodzenia - informuje Proroka jego tajny korespondent.
Nie od dziś wiadomo, że moc tego czarodzieja przewyższa zdolności niemal wszystkich w magicznym społeczeństwie, wzbudza przestrach ale i podziw.
To czego on dokonał, nie dokonał dotąd nikt - zapewnia nasz zwiadowca. Posiadamy także informacje, dotyczące zniknięcia w tajemniczych okolicznościach kilkunastu mugoli, co może być jego sprawką. Dlatego przestrzegamy was, czarodzieje i czarodziejki, jeśli macie głowy na karkach, nie szukajcie Tego-Którego-Imienia-Raczej-Nikt-Nie-Wymawia.


Ta mała wzmianka o Voldemorcie poprawiła humor Regulusowi. Bez zastanowienia wydarł fragment strony i odłożył gazetę na miejsce. Wstał z kufra po czym wyjął z niego pierwszą lepszą książkę i włożył do niej skrawek papieru. Wrzucił książkę z powrotem na miejsce i przeciągnął się leniwie. Postanowił wybrać się na spacer po błoniach. A może nawet polata na miotle?
Pogoda była obrzydliwie piękna, jak na gust Regulusa, którego ostre, czerwcowe słońce drażniło w oczy. Idąc w stronę szklarni zobaczył dziewczynę leżącą na plecach, na ławce z twarzą zasłoniętą książką. Jedną nogę miała założoną na drugą, a kilka niebieskich kosmyków jej włosów opadało na ziemię. Regulus od razu poznał kim jest owa, beztrosko czytająca osoba.
Była to Eskarina Huxley, Krukonka, która tak jak on ukończyła właśnie czwarty rok Hogwartu. Poznali się w pociągu, kiedy pierwszy raz jechali do szkoły. Eskarina ukryła się w przedziale Regulusa, bo prześladowały ją jakieś nieznośne drugoroczniaki, z powodu jej niebieskich włosów. Regulus bohatersko kazał im się od niej odwalić, a że był dość podobny do Syriusza, żaden drugoroczniak nie chciał się z nim wdawać w spory. Od tego momentu przyjaźnił się z panną Huxley, mimo, że trafiła do Ravenclawu. Oczywiście zapytał ją już na początku, czy jest czarodziejką czystej krwi, na co Eskarina przytaknęła i to mu w zupełności wystarczało.
- Cześć.
Regulus zatrzymał się tak, że jego cień przysłonił książkę, na co dziewczyna gwałtownie drgnęła, upuszczając sobie lekturę na twarz.
- Reg, zwariowałeś? - Eskarina zdjęła sobie książkę z twarzy. - Ile razy cię prosiłam, żebyś się nie skradał?
- Ja się nie skradałem. To ty się wyłączasz ze świata, kiedy czytasz - sprostował Regulus.
- Akurat - prychnęła dziewczyna i usiadła, spuszczając nogi na ziemię.
Była nieco rozczochrana i miała podkrążone oczy.
- Znowu czytałaś całą noc? - zagadną, a kiedy przytknęła, usiadł koło niej i zabrał jej książkę. - Trzej Muszkieterowie? Nigdy nie widziałem takiego tytułu. To coś nowego?
- Nie wydaje mi się. - Wyrwała mu z rąk swoją własność. - To pasjonująca opowieść.
- Niech zgadnę, o miłości i przyjaźni i takich tam bzdurach? - Regulus spojrzał na koleżankę ironicznie.
- Masz jakiś problem? - zawołała Eskarina buntowniczo.
Regulus zaśmiał się. Właśnie dlatego ją lubił. Nie podlizywała mu się tak, jak większość ludzi, z którymi miał styczność. Zaczytywała się w historiach o bohaterach i przygodach. Znała tysiące opowiadań i przez to słabo wypadała na egzaminach. Ale mimo, że nie radziła sobie najlepiej z Transmutacją i ciężko jej szło ze sporządzaniem eliksirów, to była najlepsza z Historii Magii, dość dobrze radziła sobie z zaklęciami i miała rękę do zwierząt, przez co Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami była jej ulubionym przedmiotem. Nie brakowało jej bystrości i dociekliwości, a jeśli chciała potrafiła być bardzo pracowita, ale poświęcała się tylko temu, co uznała za warte poświęcenia. Była chyba jedyną osobą (po za Syriuszem, ale rodzina się nie liczy), która już nie raz wytknęła Regulusowi, co sądzi na temat jego uczulenia na punkcie czystej krwi. Mimo to akceptowała go takim, jakim był.
- Nie mogę doczekać się jutra - westchnął Regulus, zakładając ręce za głowę.
- Współczuję ci. Całe dwa miesiące z Syriuszem. Nie wytrzymałabym z takim palantem - wyznała Eskarina, sadowiąc się po turecku na ławce.
- To nic takiego. Większość czasu spędzamy w oddzielnych pokojach.
- Z jednej strony to dziwne. Gdybym miała brata nie mogłabym z nim nie rozmawiać, nawet gdyby był skończonym dupkiem.
- Ależ my z Syriuszem rozmawiamy.
- Czyżby?
- Taaaak - zapewnił ją z poważną miną. - Tylko zawsze o jakieś cztery tony głośniej niż normalni ludzie - zaśmiał się, chociaż nie miałby nic przeciwko temu, żeby Syriusz w końcu zmądrzał i odzywał się do niego jak do brata, a nie do wroga.
- I pewnie podczas rozmowy nie koniecznie używacie werbalnych argumentów.
Eskarina była jedną z niewielu osób, które wiedziały, w jak paskudnych stosunkach są bracia Black. Czasami zdążało się, że po spotkaniu z Syriuszem Regulus wracał z podbitym okiem, albo potraktowany jakimś nieprzyjemnym zaklęciem spędzał noc w Skrzydle Szpitalnym.
- Wiesz, do niektórych słowa nie zawsze docierają.
- Nigdy nie zrozumiem, jak Syriusz może się wyrzekać swojej rodziny? - Eskarina skrzyżowała ręce na piersiach.
- Za wszelką cenę chce nam pokazać jakim jest wspaniałym Gryfonem - skrzywił się Regulus. - Nie chciałabyś widzieć, co zrobił ze swoim pokojem. Przekształcił go w świątynię Gryffindoru. Matka dostała szału, kiedy to zobaczyła. W dodatku potraktował wszystko wyjątkowo mocnym zaklęciem nieusuwalności tak, że nawet ojciec nie mógł sobie z nim poradzić.
- Ale czy twoi rodzice nie przesadzają? Powinni być chyba w tej kwestii wyrozumiali.
- Naczytałaś się za dużo tych twoich szlachetnych opowieści - stwierdził z niesmakiem Regulus.
- Właśnie, że nie. Takie traktowanie Syriusza, psuje jego relacje z tobą - oburzyła się.
- Czy ja wiem? To wszystko wina Pottera. Wielcy przyjaciele na śmierć i życie. - Nienawiść do Jamesa wypełniła jego wnętrze. Wiedział, że Syriusz zawsze trochę się buntował, ale zanim poszedł do Hogwartu był prawdziwym starszym bratem, który może i oszukiwał, kiedy grali w dziecinne gry, ale wzbudzał w Regulusie podziw. Teraz tamte czasy wydawały mu się tak odległe, jakby były częścią życia kogoś zupełnie innego.
- Jesteś zazdrosny? - Eskarina spojrzała na niego z ukosa.
- Zwariowałaś? Niby o co? Jestem w Slytherinie, a on w śmierdzącym Gryffindorze!
- Spokojnie, bez nerwów. - Eskarina wstała i ziewnęła szeroko. - Myślę, że za dużą wagę przywiązujesz do tego, kto kim jest. Nie uważasz, że to głupie, tak segregować ludzi na lepszych i gorszych?
- Taki już jest świat - stwierdził Regulus, wzruszając ramionami. - Składa się właśnie z lepszych i gorszych.
- Kiedy ty w końcu zmądrzejesz, Reg? - Dziewczyna pokręciła z westchnieniem głową.
- To ja się zastanawiam, Eskarino, kiedy zauważysz, że nie wszyscy czarodzieje są godni nosić różdżki przy pasie. - Regulus spojrzał na nią ostro.
- No nie, chyba nie chcesz się ze mną pokłócić, co? - zawołała wojowniczo, opierając dłonie na biodrach.
- Jasne, że nie - odpowiedział nieco nieprzekonująco.
Eskarina przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu, po czym machnęła ręką i powiedziała:
- Czasami mam cię dosyć, wiesz?
- Co ty nie powiesz?
- Powinieneś poczytać niektóre z książek. Może byś coś załapał.
- O nie, do tego nigdy mnie nie zmusisz, chyba, że potajemnie rzucisz na mnie klątwę Imperio. - Regulus również wstał z miejsca. Razem ruszyli w stronę zamku.
- Pomyślę o tym.
Regulus zaśmiał się.
- Co? Wątpisz w moje zdolności? - Szturchnęła go w rękę.
- Może nie koniecznie w zdolności, ale na pewno w twoje sumienie - odpowiedział nie mogąc opanować chichotu. - Nie sądzę, by pozwoliło ci zmusić bezbronną istotę do takich okropności, jak czytanie opowiadań o braterstwie i odwadze.
- Myślisz, że jestem taka szlachetna? - Eskarina zatrzymała się z łobuzerskim uśmiechem na twarzy.
- Kogoż my tu mamy? - zabrzmiał znajomy głos.
Syriusz z Jamesem schodzili w dół schodów prowadzących do Wielkiej Sali, pół kroku za nimi szedł Remus Lupin.
- Mój kochany braciszek i jego niebieskowłosa dziewczyna.
- Zamknij się, Syriuszu! - zawołał Regulus z zaciętą miną.
- Widzę, że znowu jesteś w wojowniczym nastroju.
Eskarina spojrzała ze znudzeniem na starszego Blacka. Zadziwiające, jak bardzo obaj bracia byli do siebie podobni. Te same, czarne włosy, ten sam wyraz twarzy (choć większość uważała, że Syriusz jest znacznie przystojniejszy) i ta sama postawa, gdyby nie to, że Regulus był niższy od brata, można by z boku pomyśleć, że ma się do czynienia z bliźniakami.
- Jesteś nudny, Syriuszu - powiedziała, zasłaniając książką potężne ziewnięcie.
- A ktoś cię o coś pytał, dziwaku? - fuknął w jej stronę.
- Odwołaj to!
Regulus rzucił się do przodu, ale Eskarina zdążyła złapać go za rękę.
- Daj spokój. To tyko szczeniackie zaczepki. - Pociągnęła go w stronę wejścia do Wielkiej Sali.
- Tak, słuchaj swojej dziwaczki - zawołał za nimi Syriusz.
- Policzymy się w domu. - Regulus ciągle próbował się uwolnić z uścisku Eskariny.
- Taaa, naślesz na mnie mamusię? - Syriusz udał przerażenie. - Chyba zacznę spisywać testament - ryknął śmiechem, a za chwilę zawtórował mu James, nawet Lupin lekko zachichotał.
- Puść mnie to go dogonię i spiorę na kwaśne jabłko! - Regulus szarpnął się.
- Jasne, żebyś wylądował na ostatnią noc w Skrzydle Szpitalnym. Nic z tego, Reg. - Eskarina zaciągnęła go, aż pod drzwi do lochów, którymi Ślizgoni docierali do swojego Pokoju Wspólnego.
- Nie rozumiem, jak możesz być taka spokojna.
- Czwarty rok użeram się z docinkami na temat koloru moich włosów i możesz mi wierzyć, że nie ma lepszego sposobu na wyśmiewaczy niż ignorancja.
W końcu uwolniła jego rękę, mierząc go uważnym spojrzeniem.
- Boli cię to, że on ma lepszy kontakt z Potterem, prawda?
Trzeba przyznać, że Eskarina zawsze potrafiła trafić w sedno sprawy, ale z kolei Regulus nie był z tych, co to do sedna sprawy się przyznają.
- No, teraz to wymyśliłaś. Mogę coś zasugerować? Odstaw te głupie książki. - Starał się być zabawny.
- Ale taka jest prawda - Zaśmiała się. - Mówię ci to, słowo Krukona.
- Taaa, chyba mądrość Ravenclawu uderzyły ci do głowy. - Lekko zapukał knykciami w jej czoło.
- Mów sobie co chcesz - wzruszyła ramionami. - Do zobaczenia na uczcie.
- Nie wiem czy przyjdę - powiedział otwierając drzwi.
- Wielki Black, strzelił wielkiego focha. - Eskarina przewróciła oczami.
- Słyszałem!
- I bardzo dobrze.
Pokazała mu języka i wbiegła po schodach by zniknąć w korytarzu prowadzącym do wieży Ravenclawu.

* * *


W nocy śniły się Regulusowi dziwne rzeczy. Jakieś pomieszczenie. Ciemna sala z jakąś rzeźbą pośrodku. Choć się starał, nie mógł jej dobrze zobaczyć, bo na około niego błyskały różnokolorowe iskry.
W Sali byli jacyś ludzie, których twarzy nie widział, gdyż poruszali się zbyt szybko. Mrużył oczy i odczuwał coraz większy strach. Ci ludzie ze sobą walczyli, a iskry były odbijającymi się od kamiennych ścian zaklęciami.
Regulus stał w samym środku walki. Rozejrzał się i zaczął biec w dół po stopniach w kierunku postumentu, na którym stała dziwna rzeźba. Nagle drogę zagrodziła mu postać spowita w czarną szatę z kapturem zarzuconym na głowę i uderzyła go w twarz z taką siłą, że chłopak przewrócił się i boleśnie upadł na kamienne schody. W tym momencie przebudzony zerwał się z pościeli, ciągle czując strach.
Ten sen prześladował go już od jakiegoś czasu. Regulus nie miał jednak pojęcia, o co w nim chodzi. Nie mógł tam nikogo rozpoznać, nawet tego pomieszczenia nigdy w życiu nie widział. Oczywiście tłumaczył sobie, że sny rządzą się swoimi prawami i ani postaci, ani scenerie nie muszą istnieć w realnym świecie, ale inne sny nigdy nie były tak realne, jak ten.
Powoli się uspokajał. Opadł na poduszkę i zamknął oczy. Za kilkanaście godzin będzie w domu.
Z tą myślą powtórnie zapadł w sen.

* * *


- Kiedyś będę miała smoka - powiedziała z przekonaniem Eskarina wpatrując się w las, który akurat mijali.
Regulus dopiero co się do niej przyłączył. Siedział w zupełnie innej części pociągu razem ze swoimi kumplami z drużyny, ale zawsze choć na chwilę zaglądał podczas podróży do swojej koleżanki z Ravenclawu. Tak było odkąd się poznali.
- Weź ty, może wyjdź za Hagrida? - zaśmiał się Regulus z lekką ironią. - Będziecie hodowali cudaczne stwory, zamiast wychowywać dzieci.
Eskarina spojrzała na niego, jak na coś paskudnego.
- Mówię poważnie, wiesz.
- Ja też.
- Jesteś okropny. - Wróciła do podziwiania widoków za oknem.
- A ty, to co? Smoki są obrzydliwe - wzdrygnął się na samą myśl o tych wielkich gadach.
- Przyznaj się po prostu, że się ich boisz - odgryzła się Eskarina.
- Ja? Ja się niczego nie boję - powiedział Regulus z wymądrzałą miną, sadowiąc się wygodnie na swoim miejscu i kładąc nogi na przeciwległym siedzeniu.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś skromny, ale teraz to już przesadziłeś - stwierdziła ironicznie jego towarzyszka.
- Wiesz, tak sobie myślałem... - Regulus zapatrzył się w jakiś niewidzialny punkt ponad miejscem na bagaże.
- Mhmm?
Ale Eskarina nie dowiedziała się, o czym Regulus myślał, bo na korytarzu rozległ się straszliwy hałas.
Obydwoje zerwali się na równe nogi i wyjrzeli z przedziału. W wąskim przejściu tłoczyło się sporo osób.
- Co tu się dzieje? - zapytała Eskarina jakiejś jasnowłosej dziewczyny.
- To chyba Potter. Zdaje się, że znowu pobił się z tym chłopcem ze Slytherinu - odpowiedziała jej przyciszonym głosem.
- Co takiego? Cholera, Reg!
Nie zdążyła go chwycić. Regulus już przeciskał się do samego środka wydarzeń. Scena, jaka ukazała się jego oczom była dość żałosna. Severus Snape miotał się jak oszalały, próbując uwolnić się z kwiecistej koszuli, która ciasno oplatała mu całą głowę i ramiona.
Naokoło leżała wysypana zawartość jego kufra. Wszędzie walały się książki i pergaminy uwalane atramentem, oraz przeróżne części garderoby.
Niedaleko z głupimi minami, zaśmiewając się do rozpuku, stali Syriusz i James. W rękach trzymali różdżki.
Regulus miał ochotę i jednego, i drugiego potraktować Avadą, gdyby tylko wiedział jak...
Postanowił jednak zadziałać.
- Finite Incantatem! - machnął różdżką w stronę Severusa. Koszula natychmiast przestała dusić swojego właściciela.
- Nie, no, braciszku, psujesz zabawę - zarechotał Syriusz.
- Relashio! - krzyknął Regulus bez uprzedzenia, celując w Syriusza.
Z jego różdżki wystrzelił snop iskier.
James, który w przeciwieństwie do swojego przyjaciela zachował uwagę, ryknął:
- Protego!
Zaklęcie Regulusa odbiło się od niewidzialnej tarczy. Ten moment wystarczył, żeby Syriusz się zreflektował.
- Powstrzymajcie ich! - zawołała Eskarina, która nie mogła się przepchać do Regulusa.
Niestety nikt jej nie słuchał. Wszyscy chcieli obejrzeć przed wyjściem z pociągu pojedynek, a ten zapowiadał się ciekawie.
- Furnuculus! - rzucił Syriusz.
Jego zaklęcie chybiło celu, odbijając się od przewróconego kufra Snape'a i trafiając jakiegoś chłopca.
- Edwardzie! - krzyknęło kilka osób.
Edward, którego klątwa ugodziła w twarz, wrzasną przeraźliwie, czując jak na skórze pojawiają się bolesne pęcherze.
- Przestańcie natychmiast! - dobiegł ich głos jeszcze jednej dziewczyny.
- Nie wtrącaj się Evans, z łaski swojej! - skrzywił się Syriusz.
- Serpensortia!
Severus włączył się do walki. Z jego różdżki wystrzelił ku Jamesowi i Syriuszowi czarny, gładki wąż z wielkimi kłami.
W korytarzu zrobiło się straszne zamieszanie. Dziewczyny wrzeszczały jak oparzone i zaczęły wycofywać się do przedziałów, by uciec od oślizgłego potwora.
Wąż upadł u stóp Syriusza, który cofnął się pod okno w momencie, kiedy stwór wystrzelił w jego stronę.
- Reducto! - Eskarina zdyszana wycelowała w węża w ostatnim momencie.
Siła jej zaklęcia była tak duża, że po gadzie nie został nawet ślad.
- Uspokójcie się! - krzyknęła z wściekłością.
- EXPELLIARMUS! - zawołały naraz trzy osoby.
W korytarzu powstała mała eksplozja i ci, którzy ciągle przyglądali się pojedynkowi, odczuli skutki rzuconych zaklęć. Niemal wszystkich zwaliło z nóg.
Regulus upadając uderzył głową w klamkę drzwi prowadzących do przedziału i zdarł sobie skórę do krwi. Syriusz przewrócił się tak nieszczęśliwie, że stłukł boleśnie nadgarstek. Severus obficie krwawiąc z nosa, gramolił się z klęczek.
Każdy kto znalazł się w zasięgu niszczącego zaklęcia odniósł jakieś obrażenia. Ludziom odechciało się oglądania bójki i powoli rozchodzili się, szepcząc coś do swoich towarzyszy.
- Wszystko w porządku? - zapytała Eskarina, podając różdżkę Regulusowi.
- A jak ci się wydaje? - odburknął nieuprzejmie.
Krukonka obdarzyła go miażdżącym spojrzeniem, po czym odwróciła się i celując w porozwalane rzeczy różdżką, ze spokojem powiedziała:
- Pakuj.
Natychmiast dobytek Severusa grzecznie poskładał się i wskoczył z powrotem do kufra. Sam Snape (wyglądał dość żałośnie, cały umazany własną krwią) właśnie odnalazł swoją różdżkę i spojrzał z niesmakiem na Eskarinę, która odwróciła się w stronę prowodyrów całego zamieszania. Syriusz stał rozmasowując sobie rękę, a James naprawiał pęknięte okulary.
- Wspaniale - syknęła Eskarina.
- Po co się wtrącasz? - warknął James, zakładając okulary na nos.
- Po to, żebyś się głupio pytał - odpowiedziała z wyniosłą miną. - Za chwilę będziemy w domu, a wam się dręczyć ludzi zachciewa? Doprawdy, dalibyście sobie już spokój.
- Jak na tak obrzydliwą powierzchowność masz zadziwiającą liczbę obrończyń, Snivellku - zadrwił Potter.
Severus obnażył swoje pożółkłe zęby. Ręka, w której trzymał różdżkę drgnęła lekko, ale najwyraźniej nie chciał wznawiać walki.
- Za to wy z Syriuszem jakoś nie możecie żadnej znaleźć - wtrącił się Regulus.
- Co ty tam możesz wiedzieć? - zaśmiał się kpiąco jego starszy brat.
- Matka ci tego nie daruje.
- Oczywiście, bo ty jej wszystko powiesz, kapusiu.
- Wykazałbyś się honorem i zatrzymał to, co się stało dla siebie - poparł przyjaciela, James.
- Nie waż mi się mówić, jak powinienem postępować.
Regulus miał ochotę znów miotnąć w nich jakimś wymyślnym zaklęciem. Jednak kolejna potyczka nie wchodziła w grę, byli zbyt blisko Londynu.
- Nie rozumiem, o co ten cały szum? - Syriusz udał, że zastanawia się nad czymś bardzo ważnym. - Chcieliśmy tylko pożegnać się ze Smarkerusem. Prawda Smarku?
- Jeszcze się policzymy - warknął Snape, lewitując swój kufer w kierunku przejścia między wagonami.
- O tak, my też będziemy tęsknili - wyszczerzył się Potter.
- Jesteście żałośni. - Eskarina weszła do swojego przedziału.
Po kilku sekundach dołączył do niej Regulus, cały czerwony ze złości.
- Powiedz mi jedno. Po co się do tego mieszałeś? - zapytała zanim zdążył powiedzieć cokolwiek.
- Bo musiałem.
- Oczywiście, kierowała tobą troska o dobro twojego kolegi ze Slytherinu, a nie chęć ugodzenia Pottera jakąś paskudną klątwą.
Popatrzyła na niego z wyrzutem.
- O co ci chodzi? Przecież też nie chciałaś, żeby się znęcali nad słabszymi - przypomniał jej.
- Owszem, ale to nie było mądre. Taka mała przestrzeń... Widziałeś co wyczarował, ten cały Snape? - zadrżała na samo wspomnienie czarnego węża.
- Uważam, że to było świetne. Syriusz był przerażony, doskoczył do tego okna...
- Regulusie, to był prawdziwy, jadowity wąż, który mógł ukąsić Syriusza i Bóg wie, kogo jeszcze! To nie są żarty!
Eskarina naprawdę była wzburzona tym, że Regulus zachwyca się czarnomagicznymi sztuczkami.
- Może przestałabyś się na mnie wydzierać? Gdyby nie ja...
- Och, czasami jesteś taki...
- Jaki?
- Niemożliwy!
Eskarina z bezsilności opadła na siedzenie.
- Posłuchaj, Syriusz sobie na to zasłużył. Znam go lepiej niż ty i mógłbym ci opowiedzieć takie historie, że sama nasłałbyś na niego nie jednego, ale całe gniazdo takich węży. - Regulus patrzył na nią z góry. - Mam nadzieję, że te wakacje coś zmienią.
- Dlaczego miałyby coś zmienić?
Regulus pomyślał o Voldemorcie i jego sługach, a także o tym, jaki będzie świat, kiedy on już nad nim zapanuje.
- Wiele rzeczy się zmieni. - Wzruszył ramionami.
- Co masz na myśli?
Eskarina czasami martwiła się o Regulusa, zwłaszcza, kiedy mówił takie dziwne rzeczy, jak teraz. Widziała w jego oczach jakąś nieprzeniknioną ciemność.
Oczywiście sporo wiedziała o rodzie Blacków. Znała ich obsesję na punkcie czystości krwi i arystokratyczny sposób bycia. Czytała o sławnych przodkach Regulusa i zdawała sobie sprawę, że jej przyjaciel jest zdecydowany podążać śladami, jakie wytyczała mu tradycja. Mogła mieć jedynie nadzieję, że rozsądek i jego dobra strona nie pozwolą mu się stać kimś pokroju Bellatriks Black. Wszyscy wiedzieli, że to straszna kobieta - zła do szpiku kości, zafascynowana czarną magią. Krążyły pogłoski, że przyłączyła się do tego okropnego czarnoksiężnika...
- Chyba nic konkretnego, tak po prostu sądzę. - Regulus podrapał się po głowie. - Wiesz, to są aż dwa miesiące - zaśmiał się, rozładowując nieco atmosferę. - Chyba potrenuję, tak, żeby w przyszłym roku pobić Pottera.
- Quidditch... - Eskarina pokręciła głową z westchnieniem. Nie znosiła tej gry. Uważała ją za barbarzyńską i pogłębiającą wzajemną niechęć uczniów poszczególnych domów względem siebie.
- Powinnaś w końcu przyjść na mecz.
- Nie zmusisz mnie, no chyba, że TY zaczniesz czytać moje książki. - Pochwyciła sprytnie temat.
Regulus uśmiechnął się sceptycznie.
- Nie wiesz co tracisz, dziewczyno. Zresztą, nie wierzę, że nie byłaś na żadnym meczu.
- Nigdy nie twierdziłam, że nie byłam na żadnym meczu. Ale mi to do szczęścia nie jest potrzebne... jakieś wzajemne okładanie się pałkami i przerzucanie piłek przez głupie bramki - przewróciła oczami.
- Jasne, jasne. Rozumiem.
Za oknami pojawiły się zabudowania Londynu. Pociąg wjechał do miasta, jak zwykle niezauważony przez mugoli.
- To widzimy się we wrześniu.
Regulus otworzył drzwi przedziału.
- Tak. Udanych wakacji, Regulusie. - Eskarina spojrzała na niego uważnie. - Nie daj się Syriuszowi.
- Nie zamierzam - zapewnił ją z dziarską miną. - Do zobaczenia.
Ruszył w stronę lokomotywy.
Kiedy przechodził obok przedziału, w którym siedział Syriusz razem ze swoimi kumplami, zauważył, że wszyscy są w znakomitych humorach. Niestety on nie mógł powiedzieć, że czuje się wyśmienicie. Nie dość, że bolała go głowa w miejscu, w którym uderzył nią o klamkę, to jeszcze odczuwał w sercu dziwną pustkę.
Z roku na rok było coraz gorzej. Miał wrażenie, że bardzo powoli spada w przepaść. Nie mógł z tym nic zrobić. Miał oparcie w rodzicach, było mu ono potrzebne, żeby mógł wierzyć w to, co świat mu oferował.
Zastanawiał się czasami, dlaczego Syriusz tego nie przyjął. Czy to była kwestia tego, z jakimi ludźmi się zadawał? Czy to dlatego, że trafił do Gryffindoru, bo rzeczywiście chował w sobie zupełnie inne wartości?
Regulus nie sądził, by Syriusz był lepszym człowiekiem od niego i w ogóle od reszty rodziny.
Tak bardzo przechwalał się swoją odmiennością, a nawet nie potrafił dostrzec tego, że swoim zachowaniem przypomina swoją okrutną kuzynkę, Bellatriks. On przynajmniej nikogo nie prześladował. Raczej nie rozmawiał ze szlamami, a jeśli już to odnosił się do nich z wyższością, dając im odczuć, kto tu jest ważniejszy, ale żeby kogoś męczyć? Nie, Regulus nie miał na swoim koncie bezpodstawnego rzucania w ludzi klątwami.
Doszedł w końcu do swojego przedziału, w którym zostawił swoich kumpli. Turnera i Chaplina.
- Co tam się działo? - zapytał Turner, niezwykle wysoki i krzepki młodzieniec, który grał razem z Regulusem w drużynie, tyle, że na pozycji pałkarza.
- Nic nadzwyczajnego - odpowiedział młody Black, zdejmując swój kufer z pułki na bagaże. - Nie powinniście już się zbierać?
- Czekaliśmy na ciebie. Jak poszedłeś, tak przepadłeś - powiedział Chaplin, wstając z miejsca.
Był to drobny chłopiec, o jasnych włosach i kwadratowych okularach w grubych oprawach na nosie. Thomas Chaplin był w tym samym wieku, co Regulus i dzielił z nim dormitorium. Jego rodzina miała zbliżone poglądy do tych, jakie prezentowali Blackowie, więc siłą rzeczy znaleźli wspólny język.
- Czas się zbierać. - Regulus nie miał ochoty na kolejną rozmowę o Syriuszu.
Pociąg zaczął hamować. Na korytarzu zaroiło się od uczniów.
- Poczekaj. - Chaplin chwycił Regulusa za ramię.
- Co?!
- Krwawisz. Cierpliwości, to cię naprawię, póki jeszcze mogę.
- Dzięki Tom, obejdzie się.
Regulus odwrócił się i wyszedł na korytarz. Pociąg w końcu stanął. Chłopcy i dziewczęta przepychali się do wyjść, by jak najszybciej znaleźć się na peronie, wśród swoich bliskich.
Black rozejrzał się po placu i dostrzegł ojca; wysokiego mężczyznę z ciemnymi włosami, przyprószonymi siwizną. Postawę miał prostą, minę wyniosłą; jedno spojrzenie wystarczyło, by przekonać się po kim bracia Black odziedziczyli wygląd zewnętrzny.
Regulus ruszył w stronę Oriona Blacka, rozglądając się jednocześnie za Syriuszem.
Dostrzegł go, jak klepał po bratersku Jamesa po plecach. Wymieniali jakieś ostatnie uwagi i szczerzyli się do siebie, przywodząc Regulusowi na myśl dwa psy, merdające ogonem. Oderwał wzrok od tego żałosnego, jego zdaniem, widoku i skupił się na postaci ojca.
- Cześć, tato.
- Witaj synu.
Orion uścisnął Regulusa.
- Jak minęły ostatnie dni? Co to jest? - Jego wzrok zatrzymał się na zranionej skroni młodszego syna.
- Nic takiego. Nie ma o czym mówić - zapewnił go Regulus.
- Na pewno? Kto ci to zrobił? - Orion groźnie zmarszczył brwi.
W tym momencie poszedł do nich Syriusz, ciągnąc za sobą swój kufer. Minę miał zaciętą, po wesołym uśmiechy nie było nawet śladu.
- Nikt. To był wypadek.
Syriusz uśmiechnął się szyderczo pod nosem, co Regulus skrzętnie odnotował w pamięci, był bowiem z natury młodzieńcem pamiętliwym.
- Powinniśmy już wracać do domu. Jesteśmy zaproszeni do Lestrange'ów.
Regulus spojrzał na ojca z ciekawością.
- Nasza Bella wyszła za mąż.
- O nie, ja się nigdzie nie wybieram - oznajmił Syriusz z odrazą w głosie.
- O tym ja zadecyduję. - Orion zmierzył swego pierworodnego władczym spojrzeniem.
- Ale...
- Dosyć, Syriuszu. Porozmawiamy o tym w domu.

Dodane przez Madwoman dnia 10-01-2010 15:42
#4

Bardzo, bardzo mi się podoba sposób w jaki piszesz. Ja na przykład jeszcze nigdy się nie spotkałam z opowiadaniem o Regulusie. Ale bardzo mi się podoba pomysł opisania jego przygód. Bardzo ładnie ukazujesz postacie. Według mnie są takie naturalne. Faktycznie pisząc o Regulusie masz duże pole do popisu i mam nadzieję, że dobrze to wykorzystasz. Czekam na ciąg dalszy oraz dużo wena życzę;)

Dodane przez mooll dnia 10-01-2010 21:36
#5


Sięgnął po Proroka Codziennego, który leżał na szafce nocnej McFonleya, jednego z chłopców, z którymi dzielił sypialnię.

Podwójnie jakoś złożone to zdanie. Nie powinno się używać więcej niż jeden raz słowa "który". Dotyczy to oczywiście wszelkich odmian tego słowa. Po prostu. ;p

Wstał z kufra, po czym wyjął z niego pierwszą lepszą książkę i włożył do niej skrawek papieru.

Brak przecinka.

Pogoda była obrzydliwie piękna

Czy to zestawienie było celowe? Bo nie jest to po polsku. Taki się robi z tego oksymoron. Dlatego pytam ;)

Eskarina ukryła się w przedziale Regulusa, bo prześladowały ją jakieś nieznośne drugoroczniaki, z powodu jej niebieskich włosów.

Zaznaczony przecinek nie jest potrzebny ;)

- Znowu czytałaś całą noc? - zagadnął, a kiedy przytknęła, usiadł koło niej i zabrał jej książkę

Z "ł" jest poprawnie w rodzaju męskim l. poj. Bez - dotyczy tylko l. mnogiej.

- Jasne, że nie - odpowiedział nieco nieprzekonująco.

Podwójne przeczenie wprowadza chaos. Lepiej, żeby go unikać jeśli nie ma dobrego powodu, by go użyć. Lepiej może byłoby: "odpowiedział niezbyt przekonująco". Słowo "niezbyt" może Ci nie pasować. Ale w tym kontekście nie będzie radzić.

- Może nie koniecznie w zdolności, ale na pewno w twoje sumienie - odpowiedział, nie mogąc opanować chichotu.

Brak przecinka.

- Puść mnie, to go dogonię i spiorę na kwaśne jabłko!

To samo ;p

- Ale taka jest prawda - Zaśmiała się.

Albo po "prawda" nie ma kropki, albo "zaśmiała" powinna być z małej. Ja bym wybrała drugą wersję, osobiście ;p

- Nie wiem czy przyjdę - powiedział, otwierając drzwi.

Znów zabrakło przecinka.

- Kiedyś będę miała smoka - powiedziała z przekonaniem Eskarina, wpatrując się w las, który akurat mijali.

Przecinek!

- Ja? Ja się niczego nie boję - powiedział Regulus z wymądrzałą miną, sadowiąc się wygodnie na swoim miejscu i kładąc nogi na przeciwległym siedzeniu.

Eee... nie wiem, czy takowe słowo istnieje... raczej "przemądrzałą".

Wszędzie walały się książki i pergaminy uwalane atramentem, oraz przeróżne części garderoby.

Chyba trzeba zmienić któreś z tych słów. Fonetyczne powtórzenie jest tym samym, co zwykłe. No - źle brzmi.

- Finite Incantatem! - machnął różdżką w stronę Severusa.

Przyzwyczajona jestem, że treści rzucanych zaklęć jakoś się zaznacza. Jo też tak robi. Wtedy wiadomo, że to zaklęcie ;). Np kursywą.

Edward, którego klątwa ugodziła w twarz, wrzasnął przeraźliwie, czując jak na skórze pojawiają się bolesne pęcherze.

Podobny błąd już był ;)

Regulus, upadając uderzył głową w klamkę drzwi prowadzących do przedziału i zdarł sobie skórę do krwi.

Przecinek.

Każdy, kto znalazł się w zasięgu niszczącego zaklęcia odniósł jakieś obrażenia.

Jak wyżej ^^

Minę miał zaciętą, po wesołym uśmiechy nie było nawet śladu.

xD "uśmiechU", prawda? ;)

I dobrnęłam. Taram, taram! ^^
Rozdział dłuuugi i porządny. W "Dziurawym Kotle" nie mogło być wstydu! ;]. No - błędów nie jest dużo. Jeszcze jak na taką obszerność tekstu. Super, bo nieliczni ostatnio wklejają dłuższe kawałki.
Styl masz dobry. Podoba mi się. Nie jest nachalny i zbyt kolokwialny. Czasami brakowało mi jakiegoś "ognika" w nim, ale to tylko, jakbym się miała czepiać, bo ogółem jest wszystko na swoim miejscu.
Coś się dzieje - kolejny plus dla Ciebie, akcja się rozwinęła, zaciekawiłaś mnie. No i jeszcze Regulus w roli głównej. Ja się jeszcze nie spotkałam z fickiem o nim. Myślę, że poradzisz sobie z tym tematem ^^ a ja na pewno nawiedzę jeszcze "Toujours Pur" ;]
Aha, jeszcze coś! Pomysłowe imię dla tej jego "psiapsiuły"! To też cenię. Jakbym widziała Jo: Byleby imiona były z ostatniego krańca świata! :P

Czekam no ciąg dalszy!
... i Weny - życzy mooll ^^

Dodane przez Flora dnia 13-01-2010 15:13
#6

Rozdział 2

Dom. Miejsce, w którym człowiek czuje się bezpieczny i kochany. Regulus uśmiechnął się lekko, kiedy razem z ojcem i bratem stanęli na znajomy placyku. Nagle z zachmurzonego nieba lunął deszcz.
Siedziba rodu Blacków prezentowała się w ulewie jeszcze bardziej ponuro, niż w normalnych warunkach. Syriusz często mawiał, że gdyby ten dom był żywy, pożarłby każdego zbłąkanego przechodnia. Regulus akurat w tej kwestii przyznawał bratu rację.
Uniósł głowę, by przyjrzeć się staremu budynkowi. Mimo całej gadaniny Syriusza o tym, że mieszkają w jakiejś zapadłej dziurze, Regulus uważał Grimmauld Place za miejsce niezwykłe.
Wysoki, trzypiętrowy budynek niewidzialny dla oka zwykłego mugola, skrywający najmroczniejsze tajemnice rodziny. Czy może być coś bardziej ekscytującego?
Regulus ruszył za bratem i ojcem w kierunku schodów. Tak naprawdę to strasznie zazdrościł Syriuszowi, że jako starszy z Blacków odziedziczy to miejsce - czego "uczciwy" Gryfon nie potrafił docenić.
Weszli w milczeniu po stopniach prowadzących do drzwi wejściowych. Srebrna klamka w kształcie węża lśniła od kropel deszczu. Orion przyłożył różdżkę w miejscu, gdzie powinna widnieć dziurka od klucza, szepcząc zaklęcie. Drzwi otworzyły się lekko, niemal bezdźwięcznie i cała trójka weszła do ciemnego korytarza.
Nic się tu nie zmieniło. Te same ściany, oklejone ciemnymi tapetami, te same dywany, grube i zdobione w majestatyczne wzory, te same żyrandole zwisające z sufitów i kandelabry poustawiane na stolikach. Regulus tęsknie spojrzał w stronę schodów. Nie mógł doczekać się chwili, kiedy w końcu zaciągnie kufer do swojego pokoju.
Tymczasem wpadł w ramiona matki, która z promiennym uśmiechem na twarzy wyściskała go tak mocno, jakby nie widzieli się co najmniej dziesięć lat.
Kiedy już nacieszyła się bliskością swojego młodszego syna, zwróciła się w stronę Syriusza, już nie tak rozpromieniona, ale gotowa wybaczyć mu wszystkie złośliwości, jeśli tylko ten wyrazi skruchę.
Syriusz jednak nie zamierzał wyrażać skruchy, nawet za to, że kosztowny dywan nasiąka wodą, spływającą z jego tenisówek. Cały Syriusz.
Ojciec odłożył swój melonik na stolik obok bogato zdobionej szkatuły. I gestem wskazał swojemu pierworodnemu schody, co oznaczało, że zamierza zamienić z nim kilka słów w salonie. Regulus uznał, że może odstawić kufer do pokoju, więc wspiął się po stopniach na górę za rodzicami i Syriuszem, którego mina nie wróżyła niczego dobrego.
Odetchnął głęboko. Kiedy dowlókł się na trzecie piętro, był już nieźle zmachany. Otworzył drzwi i rozejrzał się po niewielkiej sypialni. Łóżko zasłane szmaragdowozieloną kapą, biurko ustawione tuż pod oknem i meble, niewątpliwe wykonane z hebanu. Wszystko po staremu.
Uśmiechnął się i popchnął kufer w kąt. Zdjął kamizelkę i rzucił ją niedbale na łóżko.
W drodze do domu myślał o zmianach. Uznał, że najlepiej będzie zacząć od wystroju własnych czterech ścian. Owszem i tak na pierwszy rzut oka było widać, że właściciel należy do Slytherinu, ale teraz wydało się Regulusowi, że to za mało. Musi bardziej zadbać o szczegóły, musi na każdym kroku podkreślać swoją przynależność do Blacków. Uśmiechnął się bezwiednie i wpakował ręce do kieszeni spodni.
Z dołu usłyszał krzyki - nieomylny znak, że rodzice zaczęli rozmawiać ze swym pierworodnym, a że każda rozmowa z Syriuszem przeradzała się w burzliwą awanturę to już jakby inna strona medalu. Młody Black wykrzykiwał właśnie, że nie będzie zadawał się z miłośnikami czystej krwi i praktykantami czarnej magii.
Regulus postanowił zejść do salonu, być może będzie tam potrzebny jako rozjemca. Wszedł do pokoju w momencie, kiedy jego brat wrzasnął, że wstydzi się swojej rodziny.
Młodszy Black pobladł widząc, że ojciec magią powstrzymuje Syriusza od wyjścia z salonu.
- Dopóki jesteś pod naszym dachem, będziesz się zachowywał, jak na Blacka przystało! - zagrzmiał z groźną miną. - Nie widzisz, że swoim zachowaniem doprowadzisz swoją matkę do szaleństwa.
- Nic mnie to nie obchodzi! - warknął Syriusz.
- Jak możesz tak mówić? - Regulus nie mógł już dłużej ignorować tego, co się tu działo.
- O tak, przybył świątobliwy ulubieniec rodziny.
Syriusz zmroził brata spojrzeniem. W jego oczach było tyle urazy, że Regulus musiał odwrócić od niego wzrok.
- Pójdziesz z nami. Jesteś naszym synem i nie będziesz skazą na dobrym imieniu swojej rodziny. - Walburgia wytrzeszczyła oczy na Syriusza, ale ten zrobił drwiącą minę i rzekł:
- Naprawdę w to wierzysz?
Teraz stał spokojnie, z dumnie uniesioną głową i oczami pełnymi wzgardy.
- Naprawdę wierzysz, że jesteście w stanie mnie zmusić do bycia jednym z was?
- Licz się ze słowami - upomniał go Orion, gotowy kolejny raz użyć swojej różdżki.- A teraz idź do siebie i przygotuj się do wyjścia.
- Oczywiście, ojcze. Jak sobie życzysz - odezwał się, pozbawionym emocji głosem.
Syriusz przegrał tę batalię i Regulus mu jakąś cząstką swego serca szczerze współczuł, ale znacznie większa część tego serca przynależała do rodziców i to o nich się martwił.
Starszy Black opuścił pokój. Regulus słyszał, jak wspinając się po schodach tarabani z wściekłości o szczeble podtrzymujące poręcz schodów.
- To takie niewiarygodne - odezwała się Walburgia płaczliwym tonem.
- Mamo, nie powinnaś się denerwować. Pamiętaj, co mówił ten uzdrowiciel.
- Ach, kochany mój, gdyby tylko Syriusz był choć trochę do ciebie podobny... Ileż zaoszczędziłby mi cierpień. - Matka ujęła dłoń Regulusa i mocno ją uścisnęła.
- Musimy go odgrodzić od tego zawszonego światka, do którego wydaje mu się, że należy.
Orion schował różdżkę do kieszeni płaszcza.
- Ale czy to ma sens? - zapytał Regulus z nieco zaniepokojoną miną. - Nie masz nad nim władzy w Hogwarcie.
- To się jeszcze okaże. - Orion spojrzał na gobelin przedstawiający drzewo genealogiczne rodziny. - Nie pozwolę, by mój rodzony syn rujnował sobie życie pośród szlam i charłaków, będących przyjaciółmi mugoli.
- Tak, Orionie, i nadwyrężał sławę naszego nazwiska - dodała Walburgia nieco piskliwym głosem.
- A więc, wybieramy się dziś do Lestrange'ów? - Regulus zmienił nagle temat.
- Tak, kolacja na cześć naszej kochanej Belli i Rudolfa. Pobrali się tydzień temu. - Pani Black nabrała żywszych kolorów. - Wszyscy tak bardzo żałowali, że nie mogłeś przybyć na ich ślub.
- Tak, ja też żałuję, że tak to wypadło.
- Państwo Lestrange nie mogą się doczekać, żeby cię poznać.
- Walburgio, moja droga, czas, żebyś zaczęła się przygotowywać, jeśli chcemy być punktualni. - Orion delikatnie dotknął jej ramienia.
- Masz racje. - Wstała nieco chwiejnie i udała się do swojej garderoby.
Regulus został w salonie z ojcem.
- Cieszę się, że tak dobrze radzisz sobie w szkole. - Orion usiadł w fotelu i utkwił świdrujące spojrzenie w swoim młodszym synu.
Regulus stał na przeciw niego, czując się, jak żołnierz pod czujnym okiem swego dowódcy.
- Sporo myślałem o przyszłości naszej rodziny. Wiesz, kim jest Czarny Pan, prawda?
- Nie ma chyba czarodziej, który nie znałby Czarnego Lorda, ojcze - odpowiedział Regulus ostrożnie.
- Poważnie zastanawiam się nad możliwością poparcia tego czarodzieja. Chcę znać twoją opinię na ten temat.
Regulus poczuł, jak serce w nim rośnie. Wymagający ojciec chce poznać jego zdanie i nie zawiedzie się na nim!
- Myślę, że powinniśmy dobrze poznać jego plany i wtedy zadecydować, czy wart jest wsparcia ze strony starożytnego rodu Blacków - odrzekł z dumą, szczerze wierząc w swoje słowa.
Orion przyglądał mu się przez chwilę badawczo, po czym uśmiechnął się dokładnie w taki sam sposób, w jaki uśmiechali się jego synowie i rzekł:
- Jesteś prawdziwym Blackiem, chłopcze. A teraz idź się przygotować - odprawił go ruchem ręki.
Regulus pobiegł na górę. Wszystkie nieprzyjemne sytuacje, jakie zagnieździły się w jego głowie, kiedy był w Hogwarcie, odeszły w niepamięć, robiąc miejsce nowym, wspaniałym uczuciom.
Był kimś ważnym. Rodzice na nim polegali i doceniali jego poświęcenia. Nie to, co Syriusz, który tylko go krytykował i nieustannie atakował z każdej strony.
Regulus uśmiechnął się ironicznie. Nie ważne, co mówi Syriusz. Ważne, czego oczekuje się od prawdziwego Blacka. Od teraz te oczekiwania stawały się dla niego priorytetem; koniec z wątpliwościami. Zamknął za sobą drzwi pokoju.

* * *


Kiedy państwo Black przybyli wieczorem do rezydencji rodziny Lestrange'ów, wszyscy goście już na nich czekali. Długi stół w bogatej jadalni zastawiony był suto potrawami, co Regulusowi mimowolnie skojarzyło się z Hogwartem.
Syriusz nie odezwał się ani słowem podczas oficjalnego powitania. Prawdę mówiąc, milczał, odkąd opuścił salon po awanturze, parę godzin temu.
Walburgia i Orion zajęli miejsca tuż przy Cygnusie i Druelli Black, którzy, z rozanielonymi minami, wpatrywali się w swoją córkę i jej męża. U szczytu stołu siedział stary, pomarszczony czarodziej. Wydawał się mieć zamknięte oczy i sprawiał wrażenie człowieka śpiącego. Jednak, kiedy z jego lewej strony poruszył się Rudolf, błyskawicznie zwrócił w jego stronę twarz, a Regulus zrozumiał, że starzec jest ślepy.
Nestor rodu Lestrange szepnął coś ochryple do swojego starszego syna, na co ten skinął głową i wyprostował się na swoim krześle. Tuż obok niego siedziała Bellatriks w całej swojej krasie i grozie jednocześnie. Regulus nie mógł od niej oderwać wzroku. Jej mroczna uroda idealnie dopasowała się do pomieszczenia, w którym obecnie przebywali. Ściany pokrywała ciemnofioletowa tapeta, poprzetykana srebrnymi nićmi, podobna do sukni Bellatriks - tyle, że ona miała na sobie jedwab, którego fioletowa barwa wpadała w czerń. Włosy opadały jej na ramiona z jakąś elegancką nonszalancją, a wpięte w nie srebrne spinki, dodawały jej blasku bardziej niż zrobiłyby to jakiekolwiek diamenty.
Regulus wiedział, że Bellatriks jest niezwykłą kobietą. Posiadała większą moc niż jej dwie, młodsze siostry. Była też z nich najokrutniejsza i najbardziej bezwzględna. Otwarcie przyznawała się do swojej fascynacji czarną magią i z nikim się nie liczyła. Regulus był szczerze zdziwiony, kiedy usłyszał, że jego kuzynka wychodzi za mąż.
Obok niej siedziała schludna, jak zawsze, Narcyza - totalne przeciwieństwo swojej starszej siostry. Chorobliwie blada, z długimi, blond włosami i zimnymi, niebieskimi oczami. Wodziła wzrokiem po komnacie, nie zwracając uwagi na zgromadzonych gości. W swojej błękitnej sukience, wyglądała jak anioł. A raczej, mogłaby tak wyglądać, gdyby nie ta skrzywiona mina, pomyślał Regulus i przeniósł spojrzenie na siedzącą obok Narcyzy dziewczynę.
Andromeda bardziej przypominała Bellę. Jednak jej włosy nie były czarne, a jasnobrązowe. Oczy duże i łagodne, szukały kontaktu z Syriuszem. Regulus wiedział, że druga z córek Cygnusa i Druelli nie podziela uprzedzeń rodziny, co do mieszańców i mugoli. Nic więc dziwnego, że szukała wsparcia w swoim kuzynie, w tym gronie miłośników czystej krwi i bezwzględnych środków eliminowania szlam z życia w społeczności czarodziejów. Obok niej niecierpliwie kręcił się Rabastan Lestrange, młodszy brat Rudolfa.
Koło Regulusa siedział z kolei młody mężczyzna, z włosami w kolorze platynowego blondu, zaczesanymi do tyłu. Lucjusz Malfoy - młody Black pomyślał, że to męska wersja Narcyzy. Byli do siebie naprawdę zaskakująco podobni.
Z głębokiego zamyślenia wyrwało go pojawienie się pięciu skrzatów domowych, które niosły na swoich pomarszczonych główkach srebrne talerze. A kiedy już każdy miał przed sobą lśniące naczynie, napełniały puchary pachnącym winem. Potem ustawiły się pod ścianą, czekając najwidoczniej na dalsze rozkazy.
Kolacja przemijała w atmosferze rozmów. Głównym tematem dyskusji stały się działania Lorda Voldemorta. Regulus słuchał z zaciekawieniem tej wymiany zdań.
- Czarny Pan rośnie w siłę. Wciąż szuka popleczników - mówił Rudolf z oczami pełnymi niekłamanej radości.
- Czy to prawda, że zwerbował dementorów? - zapytał Orion, w przerwie między krojeniem dziczyzny, a jej spożyciem.
- To nic pewnego, ale zdaje się, że dąży w tym kierunku, by uzyskać ich wsparcie, co, swoją drogą, nie będzie chyba trudne - zaśmiał się Rabastan, a reszta dorosłych przytaknęła mu z wyraźnym ożywieniem.
- Czarny Pan chce stanąć na czele nowo zorganizowanego świata czarodziejów - odezwał się chrapliwym głosem stary Nostradamus Lestrange.
Wszystkie głowy, prócz Syriuszowej, zwróciły się w stronę najstarszego uczestnika kolacji.
- Przyznaję, że chłopak ma charyzmę, jak się patrzy.
Regulus nieomal parsknął śmiechem. Nazywanie Lorda Voldemorta chłopakiem, wydawało mu się komiczne, ale biorąc pod uwagę wiek Nostradamusa Lestrange (Ile on w ogóle ma lat? - zastanowił się przez moment), pewnie nawet poczciwy Merlin mógłby uchodzić za młodzieńca (Nie, no tak źle to chyba nie jest? - zakołatało mu w głowie). W każdym razie nestor rodu Lestrange'ów kontynuował:
- Moje stare kości mówią mi, że zbliżają się wielce sprawiedliwe czasy.
- Razem z Walburgią uważamy, że Czarny Pan ma zdrowe poglądy na wiele spraw - wtrącił Orion, a jego żona skwapliwie mu przytaknęła.
- Nareszcie ktoś zrobi porządek z tymi mugolakami. Panoszą się po ministerstwie, jakby to była ich własność - burknął blond włosy młodzieniec.
- Tak, Lucjuszu. To tylko kwestia czasu, kiedy dojdzie do zmiany przepisów - odpowiedział łaskawym tonem Cygnus Black.
- Ale nie możemy liczyć na to, że szlamy nie będą walczyły. Z resztą po ich stronie niewzruszenie trwa Albus Dumbledore - zauważył Rabastan.
- Albus to stary piernik - zaskrzeczał stary Lestrange. - Myślisz, że jak jest elokwentny to jest też wszechwładny?
- Nie ojcze, ale faktem jest, że to potężny czarodziej - odpowiedział jego młodszy syn ze skruchą w głosie.
- Voldemort jest znacznie potężniejszy od tego cwanego przyjaciela mugoli i szlam - podkreślił dobitnie Nostradamus i opadał z powrotem na krzesło, zapadając w stan bezruchu..
- Razem z Bellą postanowiliśmy do niego dołączyć - oznajmił Rudolf, kładąc dłoń na ramieniu swojej małżonki.
Bellatriks wydawała się być myślami gdzieś daleko; na jej twarzy gościł błogi uśmiech. Regulus pomyślał, że to dość makabryczny widok, nawet jak na jego gust. Spojrzał na Syriusza, który nerwowo ruszał nogą pod stołem.
Jakieś pół godziny później wszyscy odeszli od stołu i przenieśli się do salonu, by kontynuować dyskusję na temat Voldemorta, czystej krwi i szlachetnych rodów czarodziejów.
Regulus postanowił odetchnąć świeżym powietrzem, dlatego też udał się w stronę wyjścia na taras.
Deszcz przestał padać, ale noc przesiąkła jego zapachem. Ogród był ciemny i groźny, Regulus nie śmiałby wejść do niego przy tak ograniczonej widoczności. Nagle z prawej strony usłyszał jakiś szelest.
Odwrócił się gwałtownie i zobaczył, że to tylko Syriusz. Siedział na marmurowej balustradzie okalającej taras.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał zupełnie bezwiednie.
- To chyba oczywiste? - Syriusz spojrzał na brata, jak na idiotę. - Raczej ty mi powiedz, dlaczego opuściłeś zacne grono przyjaciół ciemności - dodał drwiącym tonem.
- Duszno tam w środku. Ojciec i wuj zapalili fajki... a z resztą, co ja ci się będę tłumaczył - odezwał się w nim buntownik.
- Lepiej wracaj do swoich. - Syriusz nawet na niego nie patrzył.
- Nie udawaj świętego. - Regulus podszedł bliżej. Jeżeli miał Syriuszowi wygarnąć, to ma teraz świetną po temu okazję.
- Na pewno jestem bardziej święty, niż ty i twoje poglądy - prychnął starszy Black, krzyżując ręce na piersiach.
- Tak, bo to ja bezustannie atakuję Snape'a i innych słabeuszy.
- Tylko czekam, kiedy zaczniesz.
- Czy ty wiesz, co robisz? Masz na nazwisko Black! To cię zobowiązuje do przestrzegania pewnych zasad, tradycji! - Regulus jeszcze nigdy nie mówił tak przekonywującym tonem.
Syriusz spojrzał na niego z politowaniem.
- Wiesz co? Ty chyba nie masz pojęcia, o czym mówisz. Spójrz prawdzie w oczy. Czarodziejów czystej krwi jest coraz mniej. Łączymy się między sobą, a to nie jest nic dobrego, wiem z Mugoloznastwa.
- Co ty pleciesz? - Regulus skrzywił się.
- Bycie Blackiem nie robi z nas władców świata - krzyknął Syriusz.
- Ale czyni nas lepszymi od innych! - zaoponował Regulus.
- Naprawdę jesteś na tyle naiwny, żeby w to wierzyć?
- A ty na tyle głupi, żeby wierzyć Potterowi? - odgryzł się.
- Nie mieszaj do tego Jamesa - zirytował się Syriusz. - On nie ma z tym nic wspólnego.
- Akurat - prychnął Regulus. - To przez niego masz nierówno pod turbanem. Rodzice chcą coś z tym zrobić.
Starszy brat spojrzał na niego przenikliwie.
- Co masz na myśli?
- Nie wiem, ale ojciec powiedział, że musi cię odizolować od tego zgubnego towarzystwa. - Regulus był naprawdę przejęty.
Syriusz przez chwilę milczał, a potem zwrócił się do brata:
- Chociaż raz się na coś przydałeś.
Regulus zmarszczył brwi. Zupełnie nie rozumiał, o co mu chodzi. On stara się mu przemówić do rozsądku, a Syriusz, jak zwykle, stroi sobie żarty.
- Dzięki.
- Co?
- Nic. Po prostu, dzięki. - Syriusz odepchnął się od balustrady i zniknął w ciemnościach ogrodu.
Regulus wrócił do zgromadzonej w salonie rodziny. Przez resztę wieczoru udawał, że słucha tego, o czym mówią. Jednak naprawdę ciągle miał przed oczami twarz Syriusza, zniekształconą przez cienie nocy, a w uszach dźwięczał mu jego głos: Chociaż raz się na coś przydałeś. Dzięki.

Dodane przez Madwoman dnia 13-01-2010 21:55
#7

No, no... nieźle, a nawet bardzo dobrze. Akcja się rozkręca. Jak ja to lubię - taka tajemniczość, ponury nastrój. I do tego wygląda na to, że Syriusz uciekł... może być naprawdę ciekawie...
Wena życzę:jupi:!

Dodane przez Peepsyble dnia 14-01-2010 15:50
#8

I znowu kolejna mega długa część. Szczerze mówiąc zabierałam się do niej chyba trzy razy - ciągle nie miałam czasu przeczytać całości. Jak już wcześniej pisałam zapowiada się całkiem nieźle. Dobrze ci idzie pisanie i styl masz ładny, przyjemny, potrafisz oddać w tekście to co powinnaś. Ciekawa jestem jak się rozwinie akcja, tym czasem... Znalazłam kilka błędów.

Ojciec odłożył swój melonik na stolik obok bogato zdobionej szkatuły. I gestem wskazał swojemu pierworodnemu schody, co oznaczało, że zamierza zamienić z nim kilka słów w salonie.

Można połączyć te dwa zdania. To samotne "I" na początku nie brzmi za ładnie jako osobne zdanie.

- Voldemort jest znacznie potężniejszy od tego cwanego przyjaciela mugoli i szlam - podkreślił dobitnie Nostradamus i opadał z powrotem na krzesło, zapadając w stan bezruchu..

Albo trzy kropki, albo jedna, nie dwie.

Powodzenia życzę oraz dużo, dużo weny.

Dodane przez Flora dnia 19-01-2010 12:45
#9

Rozdział 3

Od kolacji u Lestrange'ów minęły już dwa tygodnie, a Regulus wciąż rozmyślał o przyczynie dziwnego zachowania Syriusza. Udawał, że kompletnie nie interesuje się jego sprawami, ale ostatnio uznał, że oszukiwanie samego siebie nienajlepiej mu wychodzi.
I tak wiedział, na przykład, że Syriusz nocami wysyła gdzieś swoją sowę i odbiera innych "pierzastych przyjaciół" - jak ochrzcił obce sowy Regulus. Wszystko to wydawało się młodemu Blackowi mocno podejrzane; a mógł sobie rękę dać uciąć i zgolić się na łyso, że Syriusz koresponduje z Jamesem. Miał nawet ochotę donieść o tym ojcu, ale rozmyślił się, dochodząc do wniosku, że byłoby to dziecinne zagranie, które dostarczyłoby Syriuszowi nowych powodów do drwin.
Tylko raz pozwolił sobie na kpinę w stylu: "Mam wrażenie, Syriuszu, że James to zakamuflowana dziewczyna. Kochasz go... ją?"
Skończyło się na tym, że Syriusz porwał z półki jakąś starą, ciężką szkatułę i cisnął nią w Regulusa. Przedmiot roztrzaskał się o ścianę, parę cali od jego głowy. Matka, zwabiona odgłosami kłótni, wpadła w tym momencie do pokoju i z furią naskoczła na starszego syna. Syriusz dostał szlaban i przez trzy dni nie mógł wyjść z domu. Dodajmy, że miał szczęście, że na tym się skończyło.
Regulus westchnął, odganiając od siebie myśli o Syriuszu i starając się skupić na rysunku. Siedział na łóżku, otoczony kartkami i przyborami do rysowania, starając się przelać na papier swój powtarzający się sen.
Dziś znów obudził się nad ranem, zlany zimnym potem, a jego pierwszą myślą było to, że powinien namalować dręczący go koszmar. Okazało się, że to wcale nie jest takie trudne. Wydawało mu się, że jego ręce pracują zupełnie bezwiednie, gdyż nie zastanawiał się nad tym, co chce namalować i w jaki sposób to zrobić. Obrazy z jego snu po prostu spływały na kartki, jakby wcześniej dokładnie zaplanował każdą scenę.
Spojrzał na nieruchome postaci, zastanawiając się dlaczego żadnej z nich nie widać twarzy. Zasłaniał ją albo kaptur, albo była zwrócona tyłem, albo zbyt mała, by można było dopatrzeć się jakichś szczegółów.
Sam nie wiedział, czy powinien się tym przejmować. W końcu to był tylko sen i nie oczekiwał od siebie, że zdoła zapamiętać choćby jedną twarz. Na razie chodziło mu po porostu o to, by te sceny wydostały się z jego głowy.
Odłożył rysunki i wstał z łóżka, przeciągając się. Podszedł do okna, wyglądając na zewnątrz.
Placyk przed domem zalany był słonecznym blaskiem, na niebie nie było ani jednej chmurki i w ogóle było straszliwie ciepło.
Regulus pomyślał, że przydałby mu się spacer, a nawet więcej - wycieczka do centrum Londynu, najlepiej na Pokątną. Niestety przy takiej duchocie i spiekocie można sobie darować, chyba, że ma się w planach usmażenie żywcem na asfalcie...
Regulus z utęsknieniem wyczekiwał bardziej pochmurnych i wietrznych dni. Nie wzgardziłby też odrobiną deszczu. Przynajmniej powietrze nie byłoby tak nieznośnie gorące.
Drzwi do pokoju otworzyły się nagle i w progu stanął Stworek - domowy skrzat.
Regulus uśmiechnął się nieznacznie na widok starego sługi.
- Co się stało, Stworku?
- Pani Walburgia prosi, by zszedł pan do salonu - zaskrzeczał Stworek, kłaniając się głęboko i zamiatając przy okazji uszami podłogę. - Mam również dla pana Proroka Codziennego, popołudniowe wydanie. Tak, jak panicz prosił, prosto do ręki, zaraz, jak został doręczony przez ptaka. - Skrzat wyciągnął dłoń, w której trzymał gazetę.
Regulusowi oczy rozbłysły, kiedy ujrzał, kto zdobi pierwszą stronę prasówki. Ostatnio często tam trafiał ze swoimi dokonaniami.
- Dziękuję ci Stworku - rzekł, biorąc od sługi gazetę i przyglądając się twarzy postaci na zdjęciu. Lord Voldemort raz po raz machał różdżką, wyczarowując na niebie jakiś świetlisty znak. Na jego nieludzkiej twarzy malował się dziwny grymas - chyba rodzaj uśmiechu, jak mniemał młody Black.
- To wielki czarodziej, Stworku - powiedział, nie rejestrując wogóle, że wypowiada te słowa na głos. - Myślę, że mógłbym stanąć po jego stronie...
- Jeśli panicz sobie tego życzy - mruknął usłużnie Stworek. - Dobro rodziny Blacków było zawsze dla pana na pierwszym miejscu.
Regulus zaśmiał się, odkładając gazetę na biurko i wracając myślami do teraźniejszości.
- Masz całkowitą rację. Chodźmy, bo moja matka się zniecierpliwi - dodał konspiracyjnym tonem.

* * *


Kiedy Regulus zszedł do salonu, zastał Walburgię czytającą książkę. Na widok syna kobieta odłożyła jednak lekturę i gestem dała mu znak, żeby podszedł do niej.
- Co się stało? - zapytał, podchodząc do matki i ujmując jej wyciągniętą dłoń.
- Nic takiego. Dostałam list od Belli i Rudolfa.
Regulus uniósł jedną brew wyżej, wyrażając tym swe zdumienie. Jakoś trudno było mu wyobrazić sobie Bellatriks piszącą czuły list do rodziny.
- Tak? - Przybrał pytający wyraz twarzy.
- Rudolf chciałby z tobą porozmawiać.
- Ze mną? O czym?
- Myślę, że na temat twojej przyszłości. - Walburgia uścisnęła lekko dłoń syna.
- Oni są po stronie Czarnego Pana, prawda? Przyłączyli się do niego. - Regulusowi rozbłysły oczy. - Myślisz, że o tym chce ze mną pomówić?
- Razem z ojcem chcemy, żebyś wiedział, że jakąkolwiek podejmiesz decyzję w przyszłości, będziemy cię wspierać - uśmiechnęła się dumnie.
Młodszy Black nie wiedział jak ma to dokładnie zrozumieć. Owszem myślał sporo o Voldemorcie i jego ludziach, uważał, że bycie po jego stronie to branie udziału w czymś ważnym.
- Rozumiem. A kiedy chce się ze mną spotkać?
- Za tydzień. Chciałabym też, żeby porozmawiał z Syriuszem - westchnęła ciężko i wstała z fotela.
Regulus niemal parsknął śmiechem. Już widział jak Syriusz daje się namówić na rozmowę z człowiekiem, który służy czarnoksiężnikowi.
"- Cześć Syriuszu, Rudolf chce z tobą porozmawiać.
- Tak? Ależ oczywiście, już idę."

Siłą powstrzymał się od śmiechu. Już szybciej on zacząłby czytać książki Eskariny, niż Syriusz spotkałby się z własnej woli z Rudolfem.
- Nie sądzę, żeby był to dobry pomysł - powiedział w końcu, kiedy już opanował chęć wybuchnięcia śmiechem.
- Oczywiście, że jest to dobry pomysł, Regulusie - zawołała ostro Walburgia. - Postanowiliśmy, że wyplenimy z Syriusza zgubne idee.
Regulus nie śmiał protestować. Skoro rodzice postanowili rozprawić się z upodobaniami Syriusza, to on nic na to nie może poradzić. Poza tym, to chyba dobrze, nareszcie, może coś do niego dotrze. Chociaż z Syriuszowym poglądem na świat raczej będzie ciężko.
- Chcę się wybrać wieczorem na Pokątną. Mam nadzieję, że niczego dziś nie planujecie. - Regulus włożył ręce do kieszeni spodni i spojrzał w stronę okna.
- Nie, nie, możesz iść. - Walburgia machnęła przyzwalająco ręką.
- Ojciec nie wrócił jeszcze z ministerstwa?
- Mają jakieś ważne posiedzenie. Wiesz, że twój ojciec jest ważną osobistością. Stworku, przynieś mi filiżankę herbaty - zawołała donośnym głosem.
Regulus uśmiechnął się lekko i wyszedł z salonu. Przeskakując po kilka stopni, wspiął się na trzecie piętro. Przechodząc obok pokoju Syriusza usłyszał jakieś hałasy.
Zaintrygowany przystanął i oparł się bokiem o drzwi, by dobrze słyszeć, co się dzieje po drugiej stronie. Brzmiało to tak, jakby Syriusz przesuwał jakiś ciężki przedmiot po podłodze. Następnie usłyszał łomot, jakby z półek spadł stos książek.
Regulusowa ciekawość była tak silna, że chłopak nacisnął klamkę. Drzwi skrzypnęły, ale zanim zdążyły się całkiem otworzyć, Syriusz dopadł do nich i zatrzasnął je z impetem bratu przed nosem.
- Ej, co ty wyprawiasz? - krzyknął Regulus, całkowicie zbity z tropu.
- Nikt cię nie nauczył, że trzeba pukać zanim się wejdzie do czyjegoś pokoju? - odkrzyknął zdenerwowany Syriusz.
Regulus nachmurzył się i spróbował otworzyć drzwi. Niestety starszy Black ciągle je samym sobą barykadował.
- Przestań się wygłupiać i wpuść mnie - zażądał.
- Chyba ci odbiło - padła kpiąca odpowiedź.
- No przestań, chcę tylko pogadać.
- Ciekawe o czym? Może o Blackach? Nie wiem, czy znasz? Strasznie stary ród okropnych zarozumialców i snobów, z domieszką niezrównoważonych idiotów.
Regulus westchnął i wzniósł oczy ku sufitowi. Stara śpiewka.
- Co robisz?
- Nie wydaje mi się, żeby to była twoja sprawa. - Ton Syriusza był coraz bardziej agresywny.
- Szkoda, bo mi się wydaje zupełnie inaczej. Dobrze wiesz, że jeszcze jeden numer, a rodzice są zdolni wywalić cię z domu. - Regulus wcale nie zamierzał powiedzieć tego z taką złością, ale nie potrafił się do końca opanować.
Zza drzwi dobiegł go śmiech Syriusza. Ze zmarszczonymi brwiami odsunął się dwa kroki od wejścia.
- Co cię tak bawi? - zapytał urażonym tonem.
- Ty i twoja rodzina - odpowiedział Syriusz przez śmiech.
- Przestań, zachowujesz się jak rozwydrzony bachor. Chciałem normalnie porozmawiać, a ty znowu zaczynasz. - Regulus z wściekłością uderzył dłonią w drzwi.
- Ja zaczynam? Ja zaczynam?
- No, a niby kto?
- To po co tu przyłazisz? Czy ja cię o to prosiłem?
Syriusz wiedział jak trafić w czuły punkt.
- Dlaczego to robisz?!
- Przestań się wydzierać.
- Nie! Powiem ci, co o tym wszystkim myślę! - Regulus kopnął w próg. - Mam już dość twoich fochów. Czy ty myślisz, że tylko ty masz jakieś uczucia? Że tylko ty się liczysz?
- Jesteś żałosny, wiesz? - prychnął Syriusz.
- Jasne, ja jestem żałosny, a ty jesteś jedynym sprawiedliwym Blackiem. Cholera, Syriuszu, nie dociera do ciebie, że chciałbym normalnie z tobą porozmawiać? Jak brat z bratem! Bez wrzasków. Bez zamkniętych drzwi. - Znów uderzył dłonią w framugę.
- Wzruszyła mnie twoja przemowa. Mógłbyś mi zrobić przysługę i już sobie iść? Muszę otrzeć łzy. - W głosie Syriusza wyraźnie słychać było zniecierpliwienie.
- Świetnie! - krzyknął Regulus.
- Super!
- Wspaniale!
Wściekły odwrócił się i ruszył w stronę swojego pokoju. Miał ochotę coś rozwalić. Dlaczego ministerstwo zabrania młodocianym czarodziejom używania czarów podczas wakacji?! No, dlaczego?!
Gdyby wziął teraz do ręki różdżkę...
Wpadł do sypialni i trzasną za sobą drzwiami. Miał już tego dość. Nigdy więcej nie będzie się prosił Syriusza o normalne traktowanie. Jeśli chce zgrywać wielkiego, świętego, pokrzywdzonego i jedynego sprawiedliwego Blacka, to proszę bardzo!
Do diabła z Syriuszem i jego humorami!
Odetchnął głęboko dla odzyskania spokoju.
Zegar, stojący na końcu korytarza, wybił godzinę osiemnastą. Regulus słuchał głuchych uderzeń, czując w głowie pulsujący ból. Podszedł do szafki i wyjął z niej torbę.
Musiał wyjść z domu. Musiał gdzieś pójść, coś zrobić. To było silne uczucie, rozdzierające jego wnętrzności. Złość pomieszana z żalem. Włożył do torby różdżkę, trochę czystych kartek i kilka ołówków. Poszperał chwilę w szufladzie, gdzie odnalazł swoją sakiewkę z pieniędzmi. Wrzucił ją do torby.
Gwałtownym ruchem zamknął okno i zasłonił firany, a potem ciężkie, zamszowe zasłony, w kolorze brudnej zieleni.
Wyszedł z pokoju, znowu trzaskając drzwiami i zbiegł na dół po schodach, potrącając przy okazji Stworka, który ledwo zdołał utrzymać tacę z herbatą dla Walburgii.
- Wybacz, Stworku - krzyknął, nie oglądając się za siebie.
Przebiegł ponury korytarz, strącając coś ze stolika, ale nie zatrzymał się, żeby sprawdzić, co to było. Stworek się tym zajmie. Wypadł na dwór, słońce oślepiło go na moment. Skrzywił się, osłaniając twarz dłonią. Bez zastanowienia przeszedł przez placyk. Nie zwrócił nawet uwagi na małą dziewczynkę, siedzącą na brzegu niewielkiej fontanny. Gapiła się za nim z szeroko otwartymi ustami, a lalka, którą się bawiła, wypadła z jej pulchnych rączek.
Tak, Regulus zdecydowanie pogwałcił podstawowe przepisy bezpieczeństwa, tylko, że nie bardzo go to w tym momencie obchodziło. Musiał dostać się na Pokątną i to był teraz jego największy problem.
Zatrzymał się na skraju chodnika kilkanaście metrów od domu. Dobra, Regulusie musisz się uspokoić, nakazał sobie stanowczo. To tylko Syriusz. Koniec z wyprowadzaniem cię z równej równowagi. Koniec mówię. Rozejrzał się, ulica była opustoszała. rCo za upałr1;, poluzował sobie kołnierzyk bladoniebieskiej koszuli, rozpinając dwa guziki.
- Dobrze... - Regulus sięgnął do torby i jeszcze raz upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu. Na szczęście mugole chyba też nie przepadają za takim skwarem. Co mówił Turner? Machnąć ręką, która ma moc?, przypominał sobie rozmowę z Robertem Turnerem, który opowiadał mu o Błędnym Rycerzu. Regulus wyjął z torby różdżkę i z nieco sceptyczną miną uczynił tak, jak kolega opowiadał.
Ledwie zdołał opuścić różdżkę, gdy nagły pęd rozwiał mu włosy i sprawił, że odskoczył do tyłu. Tuż przy krawężniku zaparkował, z głośnym piskiem duży, trzypiętrowy autobus, o tak wściekle czerwonej barwie, że Regulus musiał zmrużyć oczy.
Black nie miał wątpliwości co do tego, że ma do czynienia z Błędnym Rycerzem; opis Turnera zgadzał się, co do joty.
Nagle z wnętrza pojazdu wysiadł konduktor, odziany w purpurowy uniform i zaczął recytować:
- Witam szanownego podróżnika w imieniu całej załogi Błędnego Rycerza. Nasz autobus to środek transportu w sam raz dla czarodziejów, którzy pobłądzili w świecie mugoli i chcieliby jakoś dostać się z powrotem do swoich. Nazywam się George Dee i służę uprzejmie swoją pomocą. Jedno słowo i dostanie się pan, gdzie tylko sobie zażyczy. - Konduktor George miał niezwykle poważną minę.
Regulus gapił się na niego przez chwilę, zanim zorientował się, że jego usta są otwarte i jeżeli zaraz ich nie zamknie, to bez wątpienia pocieknie z nich ślinka.
- Słucham pana? Pan wzywał, prawda? - George Dee, podrapał się po rudej bródce.
Regulus otrząsnął się w końcu z otępienia i postąpił krok na przód.
- Tak. Poproszę na Pokątną.
- To będzie dziesięć sykli. - Konduktor wygrzebał ze swojej torby bloczek do wypisywania biletów. Stuknął w niego różdżką i wręczył Regulusowi zgrabną karteczkę. Black wysypał na dłoń George'a garść srebrnych monet i wsiadł za nim do autobusu.
Wnętrze pojazdu zastawione było najróżniejszymi rodzajami krzeseł i foteli. Regulus pomyślał, że pewnie tak jest na każdym piętrze.
- To kierowca, Ernie Prang.
Ernie sprawiał wrażenie doświadczonego człowieka. Widać było, że miał już swoje lata. Regulusa zaniepokoiły tylko jego okulary o szkłach, których grubość przypominała mu denka butelek.
- Zajmij sobie jakieś miejsce, Ernie lubi dawać z siebie wszystko - oznajmił George, siadając tuż obok kierowcy. - Ern, jeszcze jeden na Pokątną.
- Mówisz i masz! - zarechotał Prang, wbijając bieg.
Regulus ledwo zdążył usiąść na jakimś staromodnym, wyświechtanym fotelu, z obiciem w fioletowym kolorze, kiedy zrozumiał, co konduktor miał na myśli, mówiąc o dawaniu z siebie wszystkiego.
To była szalona jazda. Black chwilę patrzył przez okno, podziwiając uciekające skrzynki na listy, uliczne latarnie, a nawet drzewa. Kilka razy miał wrażenie, że autobus na pewno się rozbije, ale nawet ładny, dwupiętrowy dom uskoczył w bok, kiedy Ernie zdecydował się, że do Notteville najszybciej będzie skrótami.
Za każdym razem, kiedy autobus się zatrzymywał, wysiadała z niego grupka czarodziejów. Niektórzy wyglądali na roztrzęsionych i lekko pijanych, a na niektórych twarzach malował się wyraz największej ulgi, że mogą już opuścić ten nadzwyczajny środek transportu. Za każdym razem konduktor George stawał przy wyjściu, żegnając pasażerów z należytą godnością i serdecznie zapraszał do ponownego skorzystania z usług Błędnego Rycerza.
Wszystko to wydawałoby się Regulusowi całkiem zabawne, gdyby nie fakt, że jego fotel kilka razy zjeżdżał ze swojego należytego miejsca, a raz prawie się wywrócił.
Regulus nie mógł się doczekać, kiedy w końcu będzie jego przystanek. Zrobiło mu się już trochę niedobrze od prędkości z jaką gnali. Na dodatek, kiedy byli gdzieś w północnej Szkocji, do autobusu wsiadł jakiś podejrzanie wyglądający czarodziej. Zapłacił za bilet do Londynu i usiadł na taborecie naprzeciwko Regulusa.
Black jeszcze mocniej zapragnął, żeby ta wycieczka się już skończyła. Podejrzany typ nie spuszczał go z oczu. Świetnie pomyślał, podwijając jednocześnie rękawy koszuli.
Po kolejnych dziesięciu minutach brawurowej jazdy, autobus zatrzymał się w obskurnej uliczce, niedaleko wejścia do Dziurawego Kotła.
Z górnych pokładów wysypało się stadko czarownic i czarodziejów. Niektórzy pomrukiwali coś, mijając George'a Dee, ale ten dzielnie znosił nawet najbardziej kąśliwe uwagi.
- Zapraszamy ponownie, szanownego pana. Mamy nadzieję, że podróż minęła spokojnie i życzymy miłego pobytu w Londynie - wyrecytował, kiedy Regulus schodził po schodkach na chodnik.
Na zewnątrz czekało kilka osób, by wsiąść do środka. Regulus życzył im w duchu mocnego żołądka i ruszył w stronę znajomego pubu. Coś jednak było nie tak. Obejrzał się za siebie. Po Błędnym Rycerzu nie było już śladu. Uliczka była ciasna, a budynki po obu stronach stare i obskurne. Widać było stąd zatłoczoną ulicę główną, na której tłoczyli się mugole, ale to nie to wywołało uczucie niepokoju w sercu Regulusa.
Rozległo się głośnie pyknięcie i nagle przed Blackiem pojawiły się, niewiadomo skąd, cztery osoby. Wszystkie znacznie wyższe od Regulusa, zamaskowane i z wycelowanymi w niego różdżkami. Zanim chłopak zdążył zareagować w jakikolwiek sposób, jedna z postaci krzyknęła z śmiechem:
- Ottorius!
Takiego bólu Regulus jeszcze nigdy nie doświadczył. Poczuł się tak, jakby w ciało wpiły się mu drobne kawałki szkła. Nawet nie zorientował się, że uderzył plecami o ścianę budynku, ani tego, że krzyczy z bólu. Na moment pociemniało mu przed oczami, a potem wszystko się urwało. Siedział, oparty plecami o ścianę, dysząc ciężko.
- Dałeś mu w kość, Lewis - zarechotał jeden z rzezimieszków.
Regulus sięgnął po leżącą obok torbę, ale ktoś kopnął go w dłoń. Zabolało, jak cholera.
- Zobacz, co ma ciekawego w środku, Bart.
Black patrzył jak dwójka nieznajomych dobiera się do jego rzeczy.
- Różdżka. Jakieś papiery... - wyliczał Bart, wyrzucając wymienione przedmioty z torby.
Gdyby tylko mógł dosięgnąć różdżki...
- Ooo, jest i woreczek ze złotem - zacmokał z zachwytem.
Nagle rozległo się kolejne głośne pyknięcie i w uliczce pojawił się mężczyzna. Jego posępne oblicze pokrywał trzydniowy zarost, a zmrużone oczy utkwione miał złowieszczo w oprawców. Jednym ruchem wydobył swoją różdżkę zza pazuchy i rozbroił całą czwórkę.
Regulus nie śmiał ruszyć się z miejsca, zaczynał żałować, że w ogóle wyszedł z domu.
- Wilkes? - zdziwił się jeden z opryszków.
- Aż tak cię to dziwi, Roy? - zapytał z kpiną czarodziej, nazwany Wilkesem. - Co wy wyprawiacie? Lewis, Bart, Vogt? - W jego głosie pobrzmiewała groźba.
- My tylko... ćwiczymy - odpowiedział kulawo, Roy.
- Świetnie. Nie macie ciekawszych obiektów ćwiczeń? Musicie atakować akurat przedstawicieli czystej krwi? - Wilkes podchodził coraz bliżej, a pozbawieni różdżek złoczyńcy, jakby skurczyli się w sobie.
- T-t -to on jest czystej krwi? - wyjąkał Vogt. - My nie myśleliśmy...
- W to akurat nie wątpię - przerwał mu Wilkes. - Rzadko zdarza wam się myśleć.
- Ale Czarny Pan dał nam przyzwolenie... - zaznaczył Bart.
- Mój drogi Williamie, czy wiesz na czym zależy naszemu Mistrzowi?
Żaden z czarodziejów się nie odezwał. Regulus obserwował ich skruszone miny, zdając sobie sprawę, że został zaatakowany przez sługusów Lorda Voldemorta. Tajemniczy Wilkes, widząc, że nikt nie zamierza się odezwać, oddał różdżki prawowitym właścicielom.
- Pobawcie się z Mugolami, jeżeli aż tak bardzo wam się nudzi - warknął. - I lepiej, żebym już więcej was nie przyłapał na torturowaniu porządnych czarodziejów.
Mówiąc to pozbierał rzeczy Regulusa i włożył je z powrotem do torby.
- Zrozumiano? - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Tak jest! - odpowiedział Lewis z wyraźną ulgą.
Chwilę potem wszyscy czterej deportowali się z wąskiej uliczki, zostawiając Regulusa samego z Wilkesem.
- Wstawaj, chłopcze - rozkazał nieco łagodniejszym tonem, niż kilka sekund temu.
Regulus posłusznie podniósł się z ziemi. Ciało jednak ciągle odczuwało skutki uderzenia o ścianę. Chłopak syknął z bólu.
- Jak się czujesz? - Wilkes podszedł do niego, podając mu torbę.
- Dziękuję, ale chyba nie najlepiej - odpowiedział Regulus, zgodnie z prawdą.
- Masz szczęście, że byłem w pobliżu. Ci prostacy atakują wszystko, co się rusza - wyjaśnił mu czarodziej, jednocześnie wykonując różdżką wokół Regulusa jakieś znaki.
Black poczuł jak ból spływa po nim i już po chwili mógł przysiąc, że wydarzenia z przed kilku minut, w ogóle nie miały miejsca.
- Bardzo panu dziękuję - wykrztusił z siebie wreszcie. - Gdyby nie pan, to byłoby ze mną kiepsko.
- Ty jesteś synem Oriona Blacka, prawda? - Wilkes zmrużył oczy.
- Tak, Regulus - przedstawił się.
- Ja jestem Gall Wilkes.
Regulus miał nadzieję, że czarodziej nie zauważył jego zaskoczenia. Słyszał o Gallu Wilkesie - był jednym z najbardziej oddanych ludzi Voldemorta. Z jego osobą wiązano śmierć lub zaginięcia wielu czarodziejów mających mugolskich rodziców. Podobno sam jeden zabił kilku aurorów, którzy osaczyli go w jakimś ciemnym zaułku. Black nie wiedział, czy czuje zachwyt, czy strach. Spotkał człowieka, który był tak blisko Czarnego Pana.
- Wybierasz się na Pokątną? - zagadnął.
-Tak, proszę pana.
- W takim razie może cię to zainteresuje. - Wyjął z kieszeni kamizelki jakąś karteczkę. - Jesteś młody i masz czystą krew, a Czarny Pan pragnie widzieć właśnie takich czarodziejów w swoich szeregach.
Z krzywym uśmieszkiem podał Regulusowi bilecik.
- Uważaj na siebie, chłopcze. To nie są najbezpieczniejsze czasy, ani dla jednej, ani dla drugiej strony.
Okręcił się i zniknął, zostawiając Regulusa tuż przed wejściem do Dziurawego Kotła. Młodszy Black był urzeczony tym spotkaniem. Czarny Pan poszukuje takich, jak ja, spojrzał na karteczkę. Była to wizytówka, na której wymyślnym pismem napisano:
Bractwo Ciemności. Świadoma Służba Czarnemu Lordowi cnotą śmierciożercy.
Pałac Węgorzy, ulica Śmiertelnego Nokturnu.

Regulusowi serce zabiło szybciej. Schował karteczkę do kieszeni spodni i wszedł raźnym krokiem do pubu.

Dodane przez Peepsyble dnia 19-01-2010 15:14
#10

Taa, kolejny świetny rozdział. Ciekawie przedstawiałaś całe zajście, kłótnię braci oraz wyprawę na Pokątną. Cały czas rozbudzasz ciekawość czytelnika, a to się bardzo liczy. Nie mogę się doczekać kolejnych części, kiedy wszystko się wyjaśni. ; }

rCo za upałr1;,

Jak widać wkradło się r11;.

-Tak, proszę pana.

Spacja po myslniku.

Więcej błędów nie znalazłam. Być może jakieś przecinki, ale pod tym względem dobra nie jestem. Weny.

Dodane przez Flora dnia 29-01-2010 14:55
#11

Chciałabym bardzo podziękować za miłe komentarz, które dodają wiary w swoje możliwości. Dziękuję taż za uwagi związane z błędami. Oto 4 rozdział, mam nadzieję, że nie będzie gorszy od poprzednich. :)

Rozdział 4

Wnętrze Dziurawego Kotła było jak zwykle dość ciemne, panował tutaj przyjemny chłód. Regulus zlekceważył barmana Toma i przeszedł przez pomieszczenie, by wyjść tylnym wyjściem na małe podwórko. Zmrużył oczy, podchodząc do ceglanego muru, wyciągając różdżkę, by móc dostać się na czarodziejską ulicę.
Pokątna była zatłoczona, jak zawsze, ale jednak widać było jakieś zmiany. Ludzie nie zatrzymywali się, żeby porozmawiać z innymi. Trzymali się w swoich grupkach, a w ich ruchach krył się pośpiech i nerwowość. Regulus ze zdziwieniem obserwował przechodniów, którzy rzadko spoglądali na witryny sklepów, woląc podziwiać kostkę brukową.
Była końcówka lipca, pogoda piękna, a ludzie przygaszeni i zabiegani. Regulus mógł podejrzewać, że większość z nich boi się Voldemorta, ale jeśli było się czarodziejem z dziada i pradziada, nie trzeba się było niczego obawiać. Nie był w stanie zrozumieć, że ludzie boją się nie tylko o siebie, ale o swoich bliskich, przyjaciół, a nawet zupełnie nie znanych sobie czarodziejów. Boją się, że wybuchnie wojna, że staną się ofiarami, bo będą musieli wybierać między własną czystą krwią, a człowiekiem, który urodził się w mugolskiej rodzinie i obdarzony został nadzwyczajnymi zdolnościami. Nikt, kto miał sumienie, nie chciał dokonywać takich wyborów. Jednak Regulus tego nie rozumiał, nie znał tego uczucia. Był jednym z niewielu, którzy potrafili z pełnym spokojem i uśmiechem na twarzy przechadzać się ulicą i podziwiać wszystko, co sprzedawcy przeznaczyli dla oczu swoich klientów.
W sklepie ze sprzętem do quidditcha zauważył nowy model miotły: Kometa Tysiąc Pięćset. Przez chwilę podziwiał wystawę, zastanawiając się, czy jest jakakolwiek szansa na to, by namówić ojca na zakupienie tego cudeńka. Był pewien, że mając taką miotłę w końcu pokonałby Pottera.
Na razie jednak udał się w stronę Esów i Floresów. Zamierzał nabyć w księgarni parę przydatnych podręczników. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z Hogwartem. Skoro miał zamiar przyłączyć się do Bractwa Ciemności - tak, podjął już decyzję - powinien zacząć traktować to serio i zacząć uczyć się praktykować czarną magię.
Księgarnia była przestronnym sklepem, wypełnionym po brzegi księgami. Jej właściciel, dość niski czarodziej z białą kozią bródką i z wianuszkiem siwych włosów na głowie wydawał się wiedzieć wszystko na temat książek.
Regulus wszedł do środka, a dzwoneczek zadźwięczał wdzięcznie, oznajmiając sprzedawcom przybycie klienta. W księgarni nie było wielu ludzi. Największy tłok panował tu zawsze gdzieś od połowy sierpnia, kiedy to uczniowie Hogwartu okupowali Pokątną, uzupełniając zapasy na kolejny rok swojego kształcenia się w szkole magii czarodziejstwa.
- Marianno! Marianno! Co z tymi książkami? - księgarz przebiegł tuż przed Regulusem, chyba go nie zauważając.
- Spokojnie, panie Bernardzie, na pewno je znajdziemy. - Z galerii wychyliła się pulchna kobieta, najwyraźniej owa Marianna.
- Zabiję tego Fabiusza, przysięgam.
- Niech pan tak nie mówi - skarciła go Marianna. - Przecież mówi się, że kto szuka, ten znajduje.
Ale księgarz Bernard nie wyglądał na przekonanego i z binoklem dyndającym na łańcuszku z kieszonki kamizelki, rozglądał się po sklepie, czasami rozgrzebując jakiś stos leżących w nieładzie książek.
Regulus postanowił przejść się wzdłuż regałów i poszukać interesujących go tytułów. Ciekawe, co tak wytrąciło właściciela z równowagi. Za plecami ciągle słyszał, jak właściciel pomstuje na Fabiusza i jego pomysły. Teraz jednak postarał się skupić na poszukiwaniach. Przeszedł obojętnie obok działu poświęconego eliksirom i historii magii. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na stół z książkami na temat zielarstwa i magicznego lecznictwa. Nie zamierzał przyglądać się bliżej zbiorom na temat nadzwyczajnych podróży wielkich czarodziejów. Interesowały go działy z księgami zaklęć. Z tego, co wiedział w Esach i Floresach nie możnabyło dostać naprawdę pożyteczny egzemplrzy, pełnych czarnomagicznych sztuczek, a wielka szkoda.
Jakaś czarownica w jedwabiach i mocno pachnąca różami marudziła coś o tym, że książki są za drogie. Regulus mijając ją uśmiechnął się, co sprawiło, że jeszcze bardziej zaczęła zrzędzić, tym razem o młodzieńcach wychowanych w dość frywolny sposób.
Świetnie jestem frywolnym rozpustnikiem, zaśmiał się w duchu młody Black.
- Może powinniśmy sprawdzić w pańskim gabinecie? - zawołała donośnie Marianna. - Może je tam wypakował?
Zaraz po tym Bernard pomknął w stronę schodów, prowadzących na galerię. Zatrzymał się jednak jak wryty, kiedy w końcu zauważył Regulusa.
- W czym mogę panu pomóc? - zapytał, a Regulus usłyszał w jego głosie nutkę paniki.
- Właściwie to szukam jakiejś przydatnej księgi z zaklęciami i...
Chciał zapytać o coś, co zawierałoby wiedzę o czarnej magii, ale ugryzł się w język. To nie byłoby zbyt rozsądne posunięcie.
- I? - podjął sprzedawca.
- Nie, tylko zaklęcia - zapewnił go Regulus. - Gdzie mógłbym znaleźć coś, prócz szkolnych podręczników?
- Proszę za mną.
Księgarz szybkimi krokami wspiął się po stopniach na galerię i wskazał ścianę po lewej stronie.
- Pójdzie pan tamtędy. Tam jest cała półka z zaklęciami: obronnymi, ofensywnymi, pomagającymi w sprzątaniu. Z resztą, sam pan wie, czego pan szuka. Proszę mi wybaczyć, mamy tu małe urwanie głowy - Bernard szarpnął się z roztargnieniem za kozią bródkę.
- Proszę się mną nie przejmować. Obsłużę się.
- Dobrze. Niech pan zawoła, kiedy już coś wybierze.
Mówiąc to sprzedawca pognał w prawo i zniknął w drzwiach, za pewne do gabinetu.
- Świetnie - mruknął Regulus, ruszając we wskazanym kierunku.
Galeria, jak skonstatował, była niezwykłym miejscem. Drewniana podłoga starannie wypolerowana, lśniąca balustrada i rzeźbione krokwie. Okna małe, okrągłe, wypełnione były kolorowymi szkiełkami, które układały się w sceny z czarodziejskich opowieści. Regulus doszedł do końca korytarza, zatrzymując się przed półką wypełnioną księgami zaklęć. Było tam faktycznie wszystko, czego dusza zapragnie. Wystarczyło spojrzeć na tytuły, z grzbietów okładek: Jak oryginalnie rozprawić się z wrogiem, Dziesięć sposobów na skuteczną samoobronę, Sto najskuteczniejszych zaklęć obronnych, Przejdź do ofensywy. Regulus podrapał się w głowę. Ciężko było się na coś zdecydować po tytule. Wyciągnął więc pierwszą, lepszą księgę, zatytułowaną: Ty, a przed tobą twój wróg, takie niekonwencjonalne, warto zajrzeć do środka. Cały pierwszy rozdział poświęcono psychologicznemu podejściu do sytuacji, kiedy trzeba stanąć oko w oko z nieprzyjacielem. Regulus skrzywił się, to nie było to, czego szukał. Odłożył książkę na miejsce i wyjął kolejną.
- Na poszarpane wąsy Merlina, gdzie one się mogły podziać?
To księgarz wypadł z gabinetu i zbiegł na dół, do głównego pomieszczenia sklepu.
- Na pewno je znajdziemy - zawołała Marianna, schodząc za Bernardem.
- Wujku, chyba czas pogodzić się z tym, że przepadły - rozległ się inny, dziewczęcy głos. - Zostaw, ja to zaniosę na górę.
- Zamorduję Fabiusza, uduszę go gołymi rękami, bez użycia różdżki.
- Wyluzuj wujku, pamiętaj co mówił pan Johnson. Stres to wróg twojego ciśnienia - zaśmiała się, a Regulus pomyślał, że zna ten śmiech. Wyjrzał przez barierkę i zobaczył Eskarinę, wspinającą się po schodach ze stosem książek w ramionach.
Uśmiechnął się szeroko, odkładając Magię obronną dla dociekliwych.
- Z resztą, Fabiusz na pewno nie spodziewał się, że one po prostu wyparują - ciągnęła Eskarina. - Założę się, że ten facet nie wspomniał mu ani słowem o tym, że tytuły są bardzo adekwatne do formy książki - mówiąc to, dotarła do podestu, potykając się o ostatni stopień. Sterta ksiągżek którą trzymała, zachwiała się niebezpiecznie.
- Hej, może ci pomóc? - Regulus podszedł do niej, biorąc połowę woluminów we własne objęcia.
Zaskoczona dziewczyna cofnęła się o krok i prawie runęła ze schodów. W ostatniej chwili Regulus zdołał ją chwycić za ramię, także odzyskała równowagę.
- Regulusie Arkturusie Black, co ja ci mówiłam na temat skradania się? - zapytała, zdmu****ąc sobie grzywkę niebieskich włosów z czoła.
- Ja też cię serdecznie witam, droga przyjaciółko - wyszczerzył się Black.
Eskarina wybuchnęła śmiechem i odstawiła księgi na najbliższy stolik. Miała na sobie luźną, bawełnianą bluzkę z długimi, luźnymi rękawami i wytarte, stare jeansy. Włosy niebieskie, jak zawsze, wydawały się Regulusowi postrzępione bardziej niż kiedykolwiek.
- Co ci się stało z fryzurą? - zagadnął, kiedy zaczęła układać książki na półkach w dziale powieści przygodowych.
- Nie pytaj - odpowiedziała, kręcąc głową z rozbawieniem. - To makabryczna historia.
- O! To tym bardziej chcę ją usłyszeć - Regulus skrzyżował ręce na piersiach, wpatrując się w koleżankę z rozbawioną miną.
- Mama ma takie nożyczki - Eskarina odwróciła się do Blacka. - Chciałam je tylko trochę skrócić - pociągnęła się za błękitny kosmyk. - Okazało się, że te nożyczki trochę zbzikowały... w pewnym momencie chciały mi nawet odciąć nos... Na szczęście tato był w domu. Gdyby nie on, nie wiadomo co by ze mnie zostało - zaśmiała się nerwowo. - A najgorsze jest to, że muszę poczekać, aż włosy same odrosną. Te nożyczki były potraktowane specjalnym czarem, który uniemożliwia odwrócenie efektu ich działania, więc... teraz tak wyglądam - poczochrała się po głowie.
- Teraz będziesz podwójnie oryginalna - stwierdził rzeczowo Regulus.
Na dole rozdźwięczał się dzwoneczek i do sklepu wszedł wysoki, brzuchaty mężczyzna, z czarnymi włosami związanymi na karku w kitkę.
- Fabiuszu! - Bernard wycelował w niego palcem. - Jesteś w samą porę, musimy porozmawiać.
- Co się tutaj w ogóle dzieje? - zapytał Regulus obserwując przez barierkę, jak księgarz wali złożoną gazetą przybyłego gościa po ramieniu. - Nawet nie zapytałem, co ty tutaj robisz? - teraz obejrzał się na Eskarinę, która przeglądała Podróże w czasie.
- Co? - spojrzała na niego znad książki, lekko nieprzytomnie.
- Co robisz w Esach i Floresach? - ponowił pytanie, odwracając się do niej i opierając o barierkę.
- Ach... - zatrzasnęła tomisko i wstawiła na półkę. - Ta księgarnia należy do Bernarda Huxleya, mojego wuja. - Wzruszyła ramionami, poprawiając krzywo stojące woluminy. - Postanowiłam trochę sobie dorobić, a to jest miejsce idealne dla mnie - wyszczerzyła się i energicznym ruchem wskazała na regały wypełnione jej ukochanymi książkami.
- No tak, to by się zgadzało - przyznał Regulus.
- CO TAKIEGO?! TY MYŚLAŁEŚ, ŻE TO BĘDZIE HIT?! MIAŁEM CIĘ ZA ARCYINTELIGĘTNEGO CZŁOWIEKA, A TY OKAZAŁEŚ SIĘ ARCYIDIOTĄ! - Furia księgarza osiągnęła właśnie apogeum.
- Nie przejmuj się. - Eskarina machnęła ręką.
- Groźnie to wygląda.
- No tak.
Dziewczyna wspięła się na drabinkę, żeby móc ustawić serię Opowieści z Krainy Czarnej Magii na najwyższej półce.
- Ty też byś się wściekł, gdybyś w coś zainwestował, a twoja inwestycja rozpłynęłaby się w powietrzu. Podaj mi tamą książkę.
Regulus ze zdziwioną miną zrobił to, o co go poprosiła.
- Ale, to w co on zainwestował?
Jakoś nie umiał sobie wyobrazić znikających książek; bo w co innego mógł pan Huxley inwestować.
- Cóż, Fabiusz opowiadał o Niewidzialnej księdze Niewidzialności, mówił, że to będzie bomba. No i wujek mu uwierzył, i zamówił dwieście egzemplarzy. Wszystko byłoby w porządku, gdyby teraz potrafili je znaleźć.
Regulus parsknął śmiechem.
- To najdziwniejsza rzecz, o jakiej słyszałem - wyznał.
- Ty się nie śmiej. Wuj wydał na to majątek, a książki szlag trafił - mówiąc to, Eskarina zeszła z drabinki.
- To rzeczywiście paskudnie.
- Czego szukasz? - zmieniła temat. Wzięła jednocześnie inny stos książek w ramiona i przeniosła go na parapet.
- Ksiązki. - Regulus podszedł do działu ksiąg z zaklęciami.
- No coś ty? Nie wiedziałam, że do księgarni chodzi się po książki - stwierdziła z sarkazmem Eskarina, kładąc dłonie na biodrach.
- Och, przestań się czepiać. Szukam czegoś pożytecznego, jakiegoś zbioru skutecznych zaklęć. Wiesz, coś co przydałoby się do atakowania, albo obrony - wytłumaczył.
Eskarina przechyliła głowę w bok, mrużąc oczy.
- Po co ci to? Przecież mamy Obronę Przed Czarną Magią.
- Wiesz co, ja dziękuję za takie zajęcia. Co roku uczy ktoś inny, a praktykę mam tak często, jak Filch bierze kąpiel - oburzył się Regulus.
- Dobra, dobra. Po prostu się zdziwiłam. Ale chyba nie zamierzasz uczyć się zaklęć po to, żeby znęcać się nad innymi, co?
Regulus wyjął z regału Encyklopedię Ofensywy i ruszył w kierunku schodów.
- Reg! - Eskarina chwyciła go za łokieć. - Co to ma znaczyć?
- Że to nie twoja sprawa, co zrobię ze zdobytą wiedzą - odpowiedział z urażoną miną.
- Poczekaj. - Pociągnęła go za ramię, tak, że musiał się zatrzymać.
- Co?
Stanął naprzeciwko niej z niezbyt zachwyconym wyrazem twarzy. Eskarina ruszyła w lewą stronę, gestem nakazując mu, by poszedł za nią.
- Wiem, że urodziny masz za dwa tygodnie, ale skoro już tu jesteś... Chcę ci coś dać. - Weszła do gabinetu Bernarda.
Był to mały, ale bardzo jasny pokoik z wielkim oknem wychodzącym na południową część Pokątnej. Panował tu porządek. Na biurku ustawionym tuż przy oknie, stała fotografia, przedstawiająca całą rodzinę Huxleyów. Pod przeciwległą ścianą ustawione były dwie półki. Jedna z nich zastawiona była z dołu do góry książkami, na drugiej leżało mnóstwo przedmiotów. Jakieś puchary, czarki, dwa fałszoskopy, album ze zdjęciami. Regulus poczuł się nieswojo.
Eskarina podeszła do biurka, otworzyła szufladę i wyjęła z niej... książkę. No tak, a cóżby innego?
Podniosła spojrzenie na swojego towarzysza, a minę miała całkiem poważną.
- Miałam ci to wysłać w swoim czasie. Ale jeżeli mam szansę dać ci to osobiście... Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał, czy coś... - Eskarina poczuła się nagle skrępowana.
- Co to jest? - Wskazał ruchem głowy na trzymaną przez nią książkę.
Eskarina spojrzała na twardą, ozdobioną liściastym ornamentem, okładkę. Na górze złotymi, ozdobnymi literami napisane było imię i nazwisko autora, a zaraz niżej tytuł. Westchnęła i podała tomik Regulusowi. Ten wziął go z niepewnym wyrazem twarzy. Sam nie wiedział, co ma o tym myśleć.
- Nicolas Cresswell, Światełko w Ciemności? - przeczytał, marszcząc brwi.
- To mój prezent dla ciebie - oświadczyła Eskarina, starając się brzmieć całkiem pewnie. - To opowieść o synu czarnoksiężnika.
Regulus nic z tego nie rozumiał, spojrzał na Eskarinę, jakby obawiał się, że jej odbiło.
- Dziękuję - wydusił w końcu, chowając książkę do torby. - Naprawdę nie musiałaś.
- Obiecaj mi, że ją przeczytasz - powiedziała Eskarina z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy.
- Eee, no wiesz... jeśli znajdę trochę czasu... - Regulus nerwowo obracał w dłoniach Encyklopedię Ofensywy.
- Obiecaj - powtórzyła, uderzając dłonią w drewniany blat biurka.
- Dobrze, obiecuję - zgodził się dla świętego spokoju. - A teraz pójdę za to zapłacić. - Unosząc rękę, pokazał jej Encyklopedię.
Eskarina uśmiechnęła się słabo i skinęła głową.
- W porządku. Może się jeszcze zobaczymy, jak wpadniesz na Pokątną?
- Może, jak wpadnę na Pokątną. Tak.
Regulus wycofał się z jasnego pomieszczenia, wchodząc w sferę cieni i barw rzucanych przez malownicze witraże. Odetchnął z ulgą i zbiegł po schodach do głównej sali sklepu. Nigdzie nie było śladu Fabiusza, więc albo wyszedł, albo został zamordowany, jak obiecywał Bernard Huxley. Swoją drogą, to ciekawe, że dopiero teraz dowiedział się, jak właściciel księgarni się nazywa. Wcześniej był po prostu księgarzem i już. A teraz okazuje się, że to krewny Eskariny. Mały jest ten świat.
Podszedł do lady, by pan Huxley mógł wbić cenę na staromodną kasę ze śmiesznymi wajchami po obu stronach. Zapłacił dziesięć galeonów i czternaście sykli, po czym opuścił Esy i Floresy.
Zegar w pobliskim sklepie z różnymi starociami wskazywał godzinę dziewiętnastą pięćdziesiąt trzy. Regulus zdumiał się, że jest już tak późno. Rozejrzał się po ulicy, na której przechadzało się znacznie mniej osób niż godzinę temu. Słońce zeszło niżej, wydłużając cienie, ale nic nie straciło na swojej mocy - ciągle było bardzo ciepło.
Black włożył dłoń do kieszeni spodni i wyjął z niej karteczkę, którą otrzymał od Wilkesa.
Bractwo Śmierci, pomyślał, a oczy mu rozbłysły. Ruszył w kierunku ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Niektórzy oglądali się za nim, widząc dokąd zmierza, a ich miny był albo pełne wzgardy, albo żalu wymieszanego ze strachem. Jednak Regulus nie zwracał na nikogo uwagi. Miał swój cel, którym był Pałac Węgorzy, siedziba Bractwa.

Edytowane przez Flora dnia 29-01-2010 14:58

Dodane przez Lady Holmes dnia 18-02-2010 20:34
#12

Z tego, co wiedział w Esach i Floresach nie możnabyło dostać naprawdę pożyteczny egzemplrzy, pełnych czarnomagicznych sztuczek, a wielka szkoda.

Można było i egzemplarzy.
Regulus skrzywił się, to nie było to, czego szukał.

Ten przecinek mi nie pasi. Lepiej wyglądał by myślnik.
Sterta ksiągżek którą trzymała, zachwiała się niebezpiecznie.

Literówka.
MIAŁEM CIĘ ZA ARCYINTELIGĘTNEGO CZŁOWIEKA, A TY OKAZAŁEŚ SIĘ ARCYIDIOTĄ!

Ortografia.
Podaj mi tamą książkę.

Literówka.
No tak, a cóżby innego?

Oddzielnie.
***
Piszesz ciekawie, choć są błędy (przydałaby się beta). Czyta się łatwo.
Czekam na następny rozdział.

Dodane przez Flora dnia 04-06-2010 01:29
#13

Rozdział 5

Ulica Śmiertelnego Nokturnu była ciasnym i ponurym miejscem. Regulus stracił nieco pewności siebie, kiedy raz po raz zmuszony był przeciskać się przez grupę podejrzanie wyglądających osobników, którzy łypali na niego łakomym okiem.
Domy, z których odłaził tynk, zdawały się pochylać nad nim złowieszczo, jakby czekały na jego nierozważny krok. Nic dziwnego, że Black mimowolnie poczuł się osaczony. Zakurzone sklepowe witryny, skrzypiące szyldy i oczy obserwujące go z ciemnych zaułków...
Instynktownie włożył rękę do torby i zacisnął ją na różdżce, chociaż miał szczerą nadzieję, że nie będzie musiał z niej korzystać. Wynikłyby z tego same problemy.
Jakaś cząstka regulusowego umysłu podpowiadała, że powinien się wycofać, póki jeszcze może, póki nie wpakował się w jakieś kłopoty. Ale przecież chciał się przyłączyć do Voldemorta. Jak chce tego dokonać, skoro przeraża go Śmiertelny Nokturn?
Musisz być twardy Regulusie. Wziął głęboki oddech i przyspieszył kroku. Przeszedł obok sławetnego sklepu Borgina i Burkesa, nie dostrzegając wewnątrz żadnego ruchu. Przepchał się pomiędzy jakimś stoiskiem, całym zawalonym dziwnymi księgami, a stertą starych koszy i klatek, by po kilku kamiennych stopniach wspiąć się na brukowany plac.
Regulus rozejrzał się zdumiony. Był przekonany, że Śmiertelny Nokturn składa się wyłącznie z ciasnych uliczek, ciemnych bram i wąskich przejść. Tymczasem stał na skraju, czegoś w rodzaju kwadratowego dziedzińca, otoczonego ze wszystkich stron starymi domami. Sądząc po rzeźbionych kolumnach i oknach, które posiadały szybki o romboidalnych kształtach, kiedyś musiały być bardzo ładne. Teraz jednak łuszczący się i obłażący tynk, naznaczył każdy z budynków, a duszący zapach zbutwiałego drewna unosił się w powietrzu, niczym jakiś złośliwy duch, drażniąc nos i gardło. Z trzech stron widniały przejścia na dalsze partie ulicy, jeszcze mroczniejsze i odpychające, niż to, którym sam tutaj dotarł.
Jednak najbardziej przykuwającą wzrok rzeczą był centralny punkt podwórza. Rosło tutaj... DRZEWO... Regulus wytrzeszczył oczy. Nigdy by nie przypuszczał, że w takim miejscu może natknąć się na coś tak... zielonego?
Drzewo nie urosło duże. Miało gruby, chropowaty pień i rozłożyste gałęzie, które pokryte były lśniącymi w półmroku liśćmi. Tuż obok, w cieniu stała studnia, wykonana z ciosanych kamieni i pokryta drewnianym daszkiem. Wyposażono ją w koło sterujące wiadrem, uwieszonym na sznurze.
Ten nieoczekiwany widok sprawił, że Regulus zastygł w miejscu na dobrych kilka chwil. Ruszył z miejsca dopiero wtedy, gdy zdał sobie sprawę z tego, że obserwują go trzy czarownice, skupione pod okapem przy jednym z domów. Nie wyglądały zbyt przyjaźnie, a jedna z całą pewnością nie miał oka i nie zadała sobie trudu, żeby ukryć pusty oczodół, przed przerażonym spojrzeniem młodego Blacka.
Po placyku kręciło się sporo postaci, najczęściej zakapturzonych, albo ciasno okrytych płaszczami, które pozwalały im pozostać anonimowymi. Regulus bardzo żałował, że nie wziął ze sobą peleryny. Poczuł się zupełnie bezbronny. Znajdował się na ulicy pełnej potencjalnych morderców, a nie był nawet pełnoletni, żeby móc się bronić, gdyby któremuś nagle przyszła ochota go zaatakować. Na nic by tu się zdał paragraf, który zezwala na użycie magii przez młodocianego czarodzieja, w sytuacji zagrożenia jego życia, bo to w jakim celu odwiedzał Nokturn z pewnością wyszłoby na jaw i pogrążyło bardziej niż samo rzucone zaklęcie.
Dlatego niemal ucieszył się, kiedy w rogu placu, tuż obok wyraźnie podgnitych beczek wypełnionych brudną wodą, dostrzegł stragan. Ostrożnym krokiem ruszył w jego stronę.
Jakiś czarodziej, odziany w fioletową, zjedzoną przez mole szatę, pakował do kufra swój towar. Regulus zauważył, że wśród podejrzanych przedmiotów czarnomagicznych i buteleczek wypełnionych, zapewne paskudnymi eliksirami, znajdują się stare, znoszone szaty. Czując na karku spojrzenia przechodniów, zbliżył się jeszcze bardziej do stoiska i odezwał, nieco ochrypłym głosem:
- Przepraszam, chciałbym...
- Czego się czepiasz? Nie widzisz, że już skończyłem robotę na dzisiaj? - warknął groźnie sprzedawca, nie przerywając pakowania. Był dość niskim człowiekiem, z długimi, blond włosami, które były tak tłuste, że można było dostrzec brudną skórę głowy.
Nie dodało to Regulusowi otuchy. Najchętniej wyniósłby się stąd bardzo, bardzo szybko, ale pamiętał, co postanowił i to jakoś trzymało go w tym miejscu. Wziął głęboki oddech i postarał się by jego głos zabrzmiał pewniej, niż za pierwszym razem.
- Chciałbym kupić... - przebiegł wzrokiem po wiszących na haczykach pelerynach, których sprzedawca nie schował jeszcze do kufra. - Tę szatę. - Wskazał na czarne, i chyba najbardziej połatane odzienie, ale też jedyne, posiadające kaptur.
- Nie dociera? Już dzisiaj nie sprzedaję! - ofuknął go kramarz. Regulus stwierdził, że był jeszcze dość młody i z całą pewnością brakowało mu sporej ilości zębów.
- Dobrze zapłacę.
Regulus wiedział, że to jedyny sposób i jeśli trzeba, wyda na ten stary łach wszystkie oszczędności, jakie mu zostały w sakiewce. Inaczej może już się stąd ewakuować, zanim nie zapadła jeszcze całkowita ciemność.
- Ile? - kupiec zerknął na niego z pokrętnym uśmieszkiem.
- Ile będzie trzeba - odpowiedział Regulus, unosząc dumnie głowę.
- Masz szczęście, młodzieniaszku, piętnaście galeonów i jesteśmy po sprawie - zacharczał bezzęby czarodziej.
Piętnaście galeonów?! Na śmierdzące skarpetki Merlina! Regulus całą siłą woli powstrzymał się, by nie wypowiedzieć tego na głos, w końcu sam zapewnił, że zapłaci ile trzeba. Miał szczęście, że facet nie zażądał trzydziestu złotych monet, bo w stu procentach tylu nie miał. Z wielkim żalem odszukał w torbie sakiewkę i wygrzebał z niej piętnaście galeonów. Potem wymienił je na szatę, której w normalnych okolicznościach w życiu by nie dotknął.
Handlarz skrupulatnie przeliczył pieniądze i wrzucił je do woreczka zawieszonego na brudnej szyi. Potem utkwił oczy w Regulusie, który z obrzydzeniem na twarzy zakładał swój świeży nabytek.
- Co tu robisz chłopcze? - zagadnął, przesadnie uprzejmym tonem.
Regulus poczuł ciarki na plecach. Wiedział, że nie byłoby rozsądnie wdawać się w rozmowę z tym podejrzanym typem, a już na pewno byłoby niemądrze dać po sobie poznać, że jest niepełnoletni. Wyprostował się i obdarzył kramarza wyniosłym spojrzeniem.
- Chyba z kimś mnie pomyliłeś. Muszę już iść.
- Lepiej bądź czujny. Chyba wiesz, że tutaj nieznajomych spotykają czasem różne, przykre niespodzianki? - zachichotał zadowolony, a Regulus dostrzegł niebezpieczne błyski w jego wodnistych oczach.
Bez słowa ruszył wzdłuż szeregu podobnych do siebie domów i nagle zobaczył drewniany szyld, na którym złuszczona farba układała się w słowa: PAŁAC WĘGORZY - KARCZMA DLA OPĘTANYCH.
Coś się przewróciło w regulusowym żołądku, tak, że zrobiło mu się niedobrze. Nie ma odwrotu, Regulusie. Zaszedłeś już za daleko... piętnaście galeonów... pomyślał i to pomogło mu ruszyć w stronę wejścia.
Zbliżając się do drzwi, dostrzegł, że tuż obok, oparty o ścianę leży bezwładnie jakiś człowiek. Strzecha poczochranych, brudnych włosów zakrywała mu twarz, a smród, jaki od niego bił, sprawił, że Regulus znowu się zdenerwował. Martwy człowiek leżący przy drzwiach nie był dobrym omenem. Ale okazało się, że facet wcale nie umarł, tylko śpi, bo gdy Black przecisnął się do wejścia, zachrapał głośno i osunął się całkiem na bruk.
Regulus wszedł do środka. Gospoda składała się z obszernej izby, pełnej małych, okrągłych stolików i rozklekotanych taboretów. Za ladą baru stał wysoki mężczyzna z bardzo ponurym wyrazem twarzy. Towarzyszyła mu jakaś niewysoka czarownica, której kręcone włosy przykrywały całą twarz. Przy stolikach siedziało sporo młodych ludzi i to na nich barman zerkał nieufnie, a mina posępniała mu z sekundy na sekundę. Obsługiwanie młodzieńców zafascynowanych osobą Czarnego Lorda nie było chyba szczytem jego zawodowych ambicji.
Regulus naciągnął mocniej kaptur na czoło, chcąc być jak najmniej widoczny, i wkroczył między stoliki. Rozglądał się za kimś znajomym. Wydawało mu się, że widzi Averyego, Ślizgona z siódmej klasy, ale zdecydował, że może lepiej się tak od razu nie zdradzać. Po co zaraz się deklarować? Ostatecznie nie wiedział, na czym polega cała ta zabawa w Bractwo Ciemności, lepiej się najpierw trochę zorientować. Poczuł się trochę niespokojnie, znalazł wolny stolik i przycupnął na krawędzi krzesła, rozglądając się z ciekawością, ale i nieco lękliwie po zacienionej sali. Punktem najjaśniejszym było niewielkie podwyższenie, znajdujące się w zakurzonym kącie. Kręciło się przy nim kilku śmierciożerców. Przy sąsiednim stoliku kłóciło się dwóch czarodziejów.
- Skąd wiesz, że Alastor Moody zechce z tobą walczyć? - zapytał zgryźliwie mały i okrągły człowieczek, a w jego oczach Regulus dostrzegł błysk obłędu.
- A więc dowiedz się, że Szalonooki pokonał mnie już wiele, wiele razy - odrzekł wyniośle jego rozmówca, długi i chudy, odziany w grecką tunikę.
- Na pewno nie tyle razy, co wycierał moim tyłkiem podłogę! - prychnął okrągły człowieczek.
- Nie przeczę, że byłaby z ciebie niezła szmata do podłogi! - odpyskował Grek, a Regulus o mało nie udusił się ze śmiechu.
- A ty, to co? Taki robal, taka dług licha!
- A ja cię zaraz rozerwę na drobne ka - wa - łki! - Grek poderwał się z krzesła, celując różdżką w swojego towarzysza.
- Tak? A ja cię pogryzę!
- Panowie! - Tuż przy nich pojawił się nagle barman. - Bo będę zmuszony wyrzucić was z lokalu - powiedział chłodnym tonem, patrząc na nich groźnie.
Grek i mały człowieczek zrobili obrażone miny i najpierw jeden, a potem drugi wstali i ruszyli do wyjścia, jakby właściciel obrzucił ich najgorszymi wyzwiskami. Regulus zaaferowany całą tą sytuacją nie zauważył nawet, że na scenie pojawiła się postać w czarnej pelerynie i z maską śmierciożercy na twarzy. Dopiero coraz głośniejszy szmer skierował jego uwagę w kąt, gdzie znajdował się drewniany podest.
- Witajcie! - głos miał tubalny i lekko zachrypnięty. - Widzę, że trochę was przybyło od naszego ostatniego spotkania. To dobrze, bardzo dobrze... - Potarł swoje dłonie i rozłożył je w powitalnym geście. - Będę dziś przemawiał w imieniu naszego mistrza, Czarnego Pana i wielkiego Lorda!
W Sali rozległy się gromkie brawa, a kilka osób krzyknęło coś z drugiego końca gospody.
- Dobrze jest widzieć wasz entuzjazm. Jesteście tu po to, by zmieniać oblicze świata. Świata, którym niedługo zawładnie Czarny Pan, skupiając w swych wszechmocnych rękach całą potęgę.
Znów rozległy się okrzyki. Regulus rozejrzał się, kilkoro młodzieńców wstało ze swoich miejsc i zrzuciło kaptury. Poznał rodzeństwo Carrow, twarze wykrzywiał im jakiś okropny grymas.
Tymczasem śmierciożerca gestem uspokoił krzyczących.
- Prawdziwa potęga już niedługo okaże swoje oblicze! Władza przejdzie w ręce tych, którzy wiedzą, co z nią zrobić! Czysta krew otrzyma najwyższe prawa, a brudne szlamy zostaną zepchnięte do rynsztoku! Staną się naszymi sługami!
Okrzyki stały się jeszcze głośniejsze, Regulus zrozumiał, że wyrażają one poparcie i agresywną radość.
- Zapanujemy nad mugolami! Nie będzie litości dla tych, którzy nie podporządkują się woli Czarnego Pana, naszego mistrza!
Regulus poczuł jak ogarnia go dziwna euforia, nie wiedział skąd się wzięła, ale rozpychała mu wnętrzności i sprawiła, że wstał, by klaskać razem z innymi.
- O tak! Nadchodzi świt nowej ery, którą zbudujemy właśnie my, własnymi różdżkami!
- Dobrze się bawisz? - Ktoś położył mu dłoń na ramieniu, sprawiając, że serce Regulusa podskoczyło mu do gardła. Obejrzał się i dostrzegł błysk uśmiechu pod kapturem. Rabastan Lestrange pociągnął go za sobą bez słowa wyjaśnienia.
Kompletnie zbity z tropu Regulus, dał się zaciągnąć poza strefę wiwatującego tłumu. Rabastan zatrzymał się przy schodach prowadzących na piętro. Rozejrzał się, czy w pobliżu nie ma kogoś, kto mógłby ich podsłuchać i zacmokał:
- No, no, no, jestem pod wrażeniem...
- Czego pan chce? - zapytał Regulus, nie potrafiąc rozszyfrować zamiarów tego człowieka.
- Zabrać cię do domu.
Regulus uniósł wysoko brwi. Co jak co, ale tego się zupełnie nie spodziewał.
- Jak... Ale jak pan mnie znalazł?
- To nie jest trudne... - Rabastan był wyraźnie rozbawiony. - A tak przy okazji, następnym razem od razu weź ze sobą jakąś przyzwoitą pelerynę. - Szarpnął za przód wytartej szaty. - To nadaje się już tylko na szmatę do podłogi.
- Ale dlaczego, mam iść z panem? - Regulus miał najwyraźniej trudności z logicznym myśleniem, czuł się trochę jak idiota.
- Rozkaz twego ojca - rzekł krótko, a usta mu się wykrzywiły. - Zdaje się, że macie w domu małą, rodzinną tragedię.
- Że co, proszę?
- Tak, twój starszy brat tym razem wymyślił coś genialnego.
Regulus wlepił zdumione spojrzenie w ukrytą pod kapturem twarz. Co takiego Syriusz wykombinował tym razem? Musiało to być coś naprawdę okropnego, skoro przysyłano po niego szwagra jego kuzynki. Dziwne zachowanie Syriusza tego popołudnia z pewnością miało z tym wiele wspólnego. Powinien wtedy pójść do matki i powiedzieć jej o tym, co zaszło. Ale nie zrobił tego, był za bardzo wściekły, no i nie chciał, żeby Syriusz nazywał go Mamusinym Agentem.
- Co takiego zrobił Syriusz? - zapytał w końcu, łykając z trudem ślinę.
- Będzie lepiej, jak sam się o tym przekonasz. Idziemy. - Ruchem głowy wskazał mu drzwi wyjściowe.
Po paru chwilach znaleźli się na ciemnym placu. W niektórych oknach, płonęły słabe światła. To było najdziwniejsze oblicze Śmiertelnego Nokturnu, jakie Regulusowi zdarzyło się zobaczyć. Nie do końca był pewny, czy mu się to podobało.
- Gotowy? Będziemy się teleportować, więc chwyć mnie za ramię - poinstruował go Rabastan, swoim zwykłym, oschłym tonem.
Regulus uczynił tak, jak mu kazano. Po chwili nieprzyjemnych ścisków w żołądku i wirowania w głowie, stanął u boku śmierciożercy na placyku Grimmauld Place.
- Jeszcze jedno słówko - zatrzymał go Lestrange, zdejmując kaptur i ukazując wychudłą twarz otoczoną długimi, rudymi włosami. - Chodzi o to całe Bractwo. Nie mówię, że to źle, że chcesz się przyłączyć do Czarnego Pana, ale uważaj, gdzie się zapisujesz. Uzależnianie się od kogoś pośredniego jest nierozważnym krokiem.
Regulus nie wiedział, o co mu chodzi. Przecież Bractwo Ciemności miało właśnie odpowiednio przygotować młodych i chętnych czarodziejów do służby Lordowi. Coś z tych myśli musiało odbić mu się na twarzy, bo Rabastan znów się odezwał.
- Wiem, że to bardzo pociągające, ale są inne sposoby, by stać się sługą Czarnego Pana. Nie trzeba się tego nigdzie uczyć. Ty masz czystą krew, więc Czarny Pan powita cię z otwartymi ramionami. Kiedy tylko będzie cię potrzebował, będziesz o tym wiedział. Twoja wierność zostanie sprawdzona przez niego, i to on będzie do ciebie przemawiał, a nie jakiś drugorzędny śmierciożerca, któremu się wydaje, że znaczy więcej niż inni.
Regulus skinął głową. Rabastan wyprostował się, a na twarz powrócił mu złośliwy uśmieszek.
- Gdybyś miał ochotę nauczyć się paru sztuczek, wystarczy, że wyślesz mi sowę. Zawsze znajdę trochę czasu, żeby poduczyć cię zaklęć torturujących. Jak będziesz gotowy pokażę ci na czym polega rzucanie Zaklęć Niewybaczalnych - zaniósł się przeraźliwym rechotem. - Dobra Black, zmykaj do domu, bo jeszcze pomyślą, że ci coś zrobiłem.
Nadal rechocząc jak opętany, obrócił się w miejscu i zniknął.
Regulus stał jeszcze chwilę na placu, gapiąc się bezwiednie w fontannę. Rabastan Lestrange właśnie zaproponował mu, że będzie jego nauczycielem czarnej magii, to naprawdę był wieczór pełen wrażeń, a czuł, że to nie koniec mocy atrakcji, skoro Syriuszowi odwaliło.
Powoli wszedł po stopniach, prowadzących do drzwi numeru12. Wszedł do domu i aż cofnął się pod drzwi, kiedy jego uszy zaatakował okropny wrzask...

Edytowane przez Flora dnia 04-06-2010 01:31